niedziela, 6 listopada 2016

Changsha 29.09.16 - 05.11.16


29. dzień, 29.09.16 – Trzeci dzień zajęć z Panem Kwiatkiem ;)
Dzisiaj obudziła mnie Paulina, nie słyszałam budzika. Do późna siedziałam w nocy i takie są tego konsekwencje…
Nie miałam nic na śniadanie, bo dzień wcześniej skończyły mi się płatki owsiane. Zajadłam trzy ciasteczka pełnoziarniste, popiłam mlekiem i poleciałam na zajęcia.
Dzisiaj na ćwiczeniach mieliśmy układać kwiaty w wazonach. Pierwsza myśl – to takie polskie… Otóż, nie… Chiny to Chiny. Wszystko wbrew Europejskiej logice, co oczywiście ma swój urok, ale na mnie dzisiaj wrażenia nie zrobił, a wręcz miałam ochotę wyjść z sali.
Pan Kwiatek, wziął swój wazon i położył na specjalnym podeście obrotowym i przystąpił do układania kompozycji. Po raz kolejny straszne zestawienie kolorystyczne: żółtych chryzantem z różowymi różami… Brakowało jeszcze brokatu, którym można byłoby całość spryskać. Katastrofa. No, ale nic. Pan Lǎoshī pokazuje dalej. Z dwóch pałeczek utworzył stelaż (asymetryczny krzyżyk spięty gumką recepturką), włożył go do wazonu. Ułożył chryzantemy i róże. Następnie wziął do ręki dwa długie liście, zwinął i zaczął takie ruloniki pocierać (dzięki temu liście po rozwinięciu były pofalowane).
To była kompozycją, która zajęła mu najwięcej czasu. Nam zresztą też. A mnie to już w ogóle. To nie był mój dzień na układanie kwiatów według chińskich zasad…
Najtrudniejsze w dzisiejszej kompozycji (przynajmniej dla mnie), było ucięcie dwóch pałeczek na szerokość wazonu, skrzyżowanie ich, zawiązanie gumką i włożenie do środka naczynia. Ile to ja się namęczyłam. Pan Kwiatek co chwilę podchodził i krytykował mój pałeczkowy krzyżyk… To krzywo, to za krótko itd. W końcu poprosiłam o pomoc Angelikę…
Dobrze, że dzisiaj robiliśmy tylko jedną kompozycję. Drugiego bukietu chyba bym nie zdzierżyła.
Siłownia!!!!


30. dzień, 30.09.16 – Kolejny dzień z kwiatami. Dzisiaj kompozycja z szerszym wazonem.
Zajęcia jak zwykle zaczęły się od pokazu Pana Kwiatka, pokazał nam krok po kroku jak układać kwiaty w szerszym niż wczoraj wazonie. Oczywiście dobór kolorystyczny elementów kompozycji pozostawiał wiele do życzenia, ale już chyba każdy z nas się przyzwyczaił to wszechobecnej pstrokacizny.
Dzisiejsze ćwiczenia dużo bardziej przypadły mi do gustu. Mogliśmy ułożyć bukiet aż z dziesięciu kwiatów! A w dodatku sami mogliśmy je dobrać!
Stwierdziłam, że zrobię dzisiaj stonowany różowo-biały bukiet. Wybrałam na króla i następcę piękne bladoróżowe lilie, na marszałka różowe goździki. Do wypełnienia wzięłam ich więcej – ślicznie pachniały. Na koniec dołożyłam kilka gałązek czegoś podobnego to tawuły. Bukiet był gotowy.
Wieczorem jak zawsze – siłownia :)



31. dzień, 01.09.16 – Sobota, dzień wolny.
Sprzątanie łazienki… Uwierzcie mi to nie jest takie łatwe i przyjemne w Chinach.  Ale jakoś przebrnęłam. Następnie sprzątanie pokoju, wycieranie kurzy, mycie podłogi. Potem zabrałam się do nauki chińskiego. I tak uczyłam się do wieczora.
Pierwszy dzień bez siłowni!!! Zamknęli nam nasz raj na tydzień! Bo święta…. :(

32. dzień, 02.10.16 – Dzień zamulania.

33. dzień, 03.10.16 – Wycieczka do ZOO!!!!!!!
Na wycieczkę do ZOO wybrałyśmy się z trzema zaprzyjaźnionymi Chinkami. Umówiłyśmy się z nimi na Wuyi Square, przy linii 1 metra. Rano poszłyśmy sobie po sushi na obiad i wyruszyłyśmy w drogę. Jak zwykle na East Renmin Road autobusem i na Wuyi Square metrem. Spóźniłyśmy się 20 minut, bo czekałyśmy długo na sushi… Ale Chinki okazały się jeszcze lepsze i w ogóle nie dojechały. Generalnie były w drodze. Jak zwykle. W większości Chińczycy nie rozumieją pojęcia bycia na czas, a zwłaszcza kobiety…
Nie czekając na nie pojechałyśmy same na ostatni przystanek metra i zaczekałyśmy, aż spóźnialskie (nie to żebyśmy my się wcześniej spóźniły…) przybędą.
Po wyjściu ze stacji. Czekało na nas morze uberów (taxi bez oznakowania) i taxi. Nie wiedziałyśmy, którą taxi wybrać na szczęście miałyśmy swoje Chineczki, które ogarnęły sprawę.
W końcu dotarłyśmy do ZOO. Od razu udałyśmy się do kas. Okazało się, że dzisiejsze wejście do ogrodu zoologicznego kosztuje 120 yuanów… Nie wzięłam ze sobą aż takiej kwoty i się martwiłam… Zresztą wszystkie stwierdziłyśmy, że trochę nam szkoda kasy na zwykłe ZOO… Na szczęście okazało się, że przy okazaniu ID w innej kasie, zapłaciłyśmy tylko 63 yuany.
Wycieczkę po ZOO rozpoczęłyśmy od safari. Razem z 30 innymi zwiedzającymi wsiadłyśmy do busa i pojechałyśmy oglądać zwierzątka.
Wrażenie było wspaniałe, wielkie tygrysy, lwy, lamparty, gepardy, gazele i wiele, wiele innych pięknych zwierząt przechadzało się obok samochodu. Wrzawa była niesamowita, myślałam że mi ucho odpadnie jak jedna dziewczynka krzyczała, gdy zobaczyła zebry.
Po przejażdżce busem, Chinki stwierdziły że dzień jest bardzo upalny, dlatego tę największa temperaturę przeczekałyśmy, gdzieś pod drzewem w cieniu.


I tu się zaczęło.  Chineczki okazały się artystkami… Dwie studiują taniec, a jedna śpiew. Dały nam, jak to nazwały, show! Jedna pokazała układ tańca jazzowego, druga balet, a trzecia zaśpiewała piosenkę. Czułyśmy się troszeczkę dziwnie, ale zmusiłyśmy się do uśmiechów i głośnych owacji na zakończenie.
Po odpoczynku wybrałyśmy się piechotą po ZOO. Widziałyśmy znów mnóstwo tygrysów, i lwów i lampartów. Wszystkie chińskie dzieci szalały, krzyczały, piszczały, przewracały się nam pod nogami, Kamila i ja myślałyśmy, że zaraz wybuchniemy, albo: „Pozabijamy te wszystkie bachory” – cytat.
Widziałam, ogromne nosorożce! Możecie się śmiać, ale ja nigdy w żadnym ZOO nie widziałam tak potężnych nosorożców.




Najwięcej było chyba małp wszelkiego rodzaju, a najmniej pand… Ale ważne, że widziałam jakieś. Takie kochane misiaczki – żarłoczki. Cały czas jadły bambusowe liście.



34.dzień,04. 10.16 – Odpoczynek, zamulanie, nauka chińskiego, ćwiczenia wieczorkiem…


35. dzień, 05.10.16 – Wycieczka do parku Martyr w Changshy.
Wyruszyłyśmy około godziny 10:00 rano. Sam dojazd zajął nam godzinę. Ale w końcu dotarłyśmy na miejsce. Zazwyczaj przy wejściu do parku miejskiego w Chinach wita nas okazała brama z kamienia, i tak też było w tym przypadku. Widok robił wrażenie. Przed oczami ukazała nam się piękna oś widokowa, która w idealny sposób, poprzez „ściany” z potężnych jałowców, prowadziła nasz wzrok na wieżę ulokowaną na wzgórzu.
W parku było mnóstwo ludzi, a przede wszystkim najwięcej rodzin z dziećmi, co mnie i Kamilę nie za bardzo cieszyło. Wszędzie płacz, krzyk i wycie małych, chińskich, rozpieszczonych dzieciaków. Widziałyśmy nawet jak jedno dziecko wymuszało coś na rodzicach tarzając się po chodniku, a przy tym wydając z siebie okropny ryk…
Doszłyśmy do wieży i kupiłyśmy sobie po lodzie bo było bardzo gorąco. W pewnym momencie słyszymy, że ktoś do nas krzyczy: „Hello, hi, hello!!!”. Odwracamy się, a tu biegną do nas trzy Chinki i oczywiście chcą sobie zrobić z nami zdjęcie. Na co my się jak zwykle zgadzamy. Po szybkiej „sesji zdjęciowej” we wszelakich kombinacjach pozowania, nieznajome zaproponowały nam, uwaga, masaż oczu… Okazało się, że mają przy sobie specjalne gogle (wyglądały jak gogle narciarskie), które masują oczy i ich okolice. Ja od razu powiedziałam, że się na to nie piszę. Udało mi się uniknąć jakże cudownego masażu, gdyż noszę soczewki kontaktowe. Dzięki temu mogłam pośmiać się z dziewczyn, bo wyglądały delikatnie mówiąc zabawnie i uroczo. Paulina, Ola i Kamila siedziały obok siebie na ławce i oddawały się „przyjemności” z masażu, a ja miałam czas na robienie zdjęć. W czasie zabiegu trzy Chinki próbowały mi sprzedać ten dziwaczny, chiński produkt. Twierdziły, że w Polsce zrobiłabym z tymi goglami świetny biznes… Od razu przypomniała mi się moja Babcia Ania, która dała się naciągnąć przez telefon na jakiś super jakości masażer do pleców, który jak się okazało, generalnie nie działał (Babcia wybuliła na niego ponad 1000 złotych). Kocham Cię Babciu, nie bądź zła.
Wracając. Moje biedne dziewczynki już nie mogły usiedzieć z tymi dziwactwami na głowie, stwierdziły że mają dosyć, szybko zdjęły masażery i w szybkim tempie ulotniłyśmy się gdzieś w głąb parku… Oczywiście powinnam dodać, że wymieniłyśmy się WeChat z Chineczkami… I teraz jedna z nich ciągle mnie dręczy wiadomościami.
Pomijając przygodę z masażem, wizyta w parku była wspaniałą i warta zapamiętania. Zieleń cudowna… Dla mnie, jako że uwielbiam uczyć się o roślinach i kocham dendrologię, wizyta w chińskim parku był niesamowitym przeżyciem. Tyle nowych, nieznanych mi roślin!
Najpiękniejszym widokiem było wielkie jezioro i tradycyjny chiński most nad nim. Mostem przedostałyśmy się na półwysep i swojego rodzaju wał porośnięty okazałymi cypryśnikami błotnymi. Tym wałem dostałyśmy się na wyspę z jeszcze większą liczbą cypryśników – ku mojej uciesze.



Park Martyr jest jeszcze większy od Parku Szczytnickiego we Wrocławiu. Kto kiedykolwiek był we Wrocławiu i odwiedził ten park to wie o czym mówię. Nogi nam już „odpadały” ze zmęczenia, postanowiłyśmy wracać.







Wracając wstąpiłyśmy do wesołego miasteczka, które jeszcze jest w granicach parku. Stwierdziłyśmy, że potrzebna nam jest dawka adrenaliny, i kupiłyśmy bilety na mini roller coaster.
Po wizycie w Parku Martyr, wstąpiłam z Olą do dwóch sklepów z chińską tradycyjną odzieżą, ale ceny nas odstraszyły, poza tym nie było tam tych typowych chińskich sukienek, które zawzięcie szukamy.
Była godzina 17:00 i byłyśmy już bardzo głodne, więc znalazłyśmy całkiem przyjemną restaurację/bar/jadłodajnię chińską i wybrałyśmy coś na chybił trafił. Każda zamówiła danie z makaronem. Wszystko było pyszne i wyjątkowo mało pikantne.
Po powrocie do domu, każda była wykończona. Usiadłam i porobiłam coś w photoshopie, następnie stwierdziłyśmy że jeszcze poćwiczymy.


36. dzień, 06.10.16 – wizyta w parku miejskim przy Dworcu PKP.


37. dzień, 07.10.16 – urodziny Oli.
Rano zakupy na mini imprezkę urodzinową. Poszłyśmy do marketu z Justyną i Gosią (Kamila, Paulina i Ola były w pracy), nakupiłyśmy owoców, ciastek i oczywiście trzy małe buteleczki wódki ryżowej i jakieś soki. Ola w nocy bardzo źle się czuła dlatego bałyśmy się, że nie będzie miała ochoty na świętowanie. Na szczęście po powrocie z pracy okazało się, że czuje się już dużo lepiej i tylko chce się na chwilę położyć. Kiedy Ola drzemała, my wszystko przygotowaliśmy i za godzinę ją obudziliśmy. Zaśpiewaliśmy sto lat i wręczyliśmy drobne podarunki. Następnie zajadaliśmy się tortem z ciastek, który stworzyła Ola oraz sałatką z owoców. Oglądaliśmy kompromitujące zdjęcia Oli, było zabawnie. Później stwierdziliśmy, że obejrzymy razem jakiś film. Odpaliliśmy „Dziewczynę z tatuażem”. Film był mocny, ale nawet mi się podobał. Później okazał się, że wszyscy z 6. Piętra wybierają się do baru Hawa. Stwierdziłyśmy, że też mamy ochotę, więc zrobiłyśmy się na bóstwa i poszłyśmy na miasto.


38. dzień, 08.10.16 – nauka chińskiego, siłownia, wolne.

39. dzień, 09.10.16 – nauka chińskiego, siłownia, wolne.

40. dzień, 10.10.16 – nauka chińskiego, siłownia, wolne, nic ciekawego.

41. dzień, 11.10.16 – nauka chińskiego, siłownia, wolne, zakupy na wycieczkę.

42. dzień, 12.10.16 – pakowanie na wycieczkę, ostatnie zakupy, siłownia.

43. dzień, 13.10.16 – Wycieczkę czas zacząć! Najpierw Hangzhgou, potem Suzhou, a na koniec Shanghai!!!
Pobudka o 7:00. Szybkie ogarnianie siebie, spakowanie reszty kosmetyków i leków do bagażu (który swoją droga ledwo się dopiął). Następnie razem z Olą zrobiłyśmy nasze poranne przysiady (takie nasze nowe postanowienie – 200 przysiadów rano codziennie). Po przysiadach owsianka i zielona herbata. Po śniadaniu wszystkie cztery udałyśmy się na zakupy.
Nakupiłam sobie mnóstwo moich ulubionych ciastek pełnoziarnistych, suszoną fasolkę, która tutaj smakuje jak orzeszki ziemne, cos do picia i coś na obiad – pyszne sushi z ośmiornicą i paluszkami krabowymi. Potem w pociągu okazało się, że pan w barze się pomylił i zamiast ośmiornicy dał mi do środka suszone mięso… Nie byłam z tego faktu zachwycona, ale cóż… Chiny. To zjem sushi z suszonym mięsem!
Zbiórka była o 11:30 „pod bykami” (na placu naszej uczelni, stoi wielki pomnik 9 byków). Wszyscy przyszliśmy na czas. Spóźnili się nasi opiekunowie – Asumiku i SS-manka. Dlaczego SS-manka, zaraz wytłumaczę. Ostatnio jak część z nas spóźniła się na spotkanie organizacyjne pani ZOMO, SS-manka, jak kto woli, zrobiła coś strasznego ze swoją twarzą. Po jej minie stwierdziliśmy że zamiast na miłą wycieczkę jedziemy na przymusowe prace do gułagu.
Najlepsze było to dzisiaj, że to ona się spóźniła na zbiórkę, a nie my. Na dodatek wzięła ze sobą gigantyczną walizkę, gdzie każdy miał powiedziane, że należy wziąć ze sobą jak najmniejszy bagaż…
Druga opiekunka dotarła do nas na dworcu kolejowym (z jeszcze większym bagażem od walizki ZOMO).
Na dworzec jechaliśmy z dobre 40 min. Wyglądało to w ten sposób, jakby kierowca nie znał drogi… No cóż, Changsha jest duża. Tylko, że każdy mieszkaniec powinien w miarę ogarniać gdzie znajduje się dworzec w jego mieście. Zwłaszcza zawodowy kierowca.
Dworzec okazał się ogromny. Mieliśmy wrażenie, że przyjechaliśmy na lotnisko. Wszędzie oczywiście ruchome schody, sklepy, restauracje. Niby jak u nas w Polsce, ale 20 razy więcej. Do odjazdu pociągu mieliśmy 30 minut. Część osób poszła sobie coś kupić do jedzenia, ja im potowarzyszyłam i kupiłam sobie loda.
Pociąg odjechał o 12:40. Trzeba w tym miejscu nadmienić, że jechałyśmy dzisiaj ekspresowym pociągiem. Wyciągał 310 km/h!!!
Jechało się bardzo przyjemnie, cichutko i wygodnie. Tato Stanisławie, pokochałbyś tutejsze pociągi bo mają dużo miejsca na nogi jak się siedzi!!!
Widoki były niesamowite. Dużo razy przejeżdżaliśmy tunelem przez górę! Widziałyśmy pola ryżowe, plantacje trzciny cukrowej, sady, warzywniaki. Nie zabrakło również mniej przyjemnych widoków na zniszczone budynki, gruzowiska, wysypiska śmieci slumsy… Chiny to kraj wielkich kontrastów. Zauważyłyśmy to już w Changshy. Gdzie obok nowoczesnych biurowców i wieżowców (30, 40 pięter), u ich podnóża „podoklejane” są ledwo stojące baraki – domy biedoty.
Do Hangzhou dostałyśmy się około godziny 18:00. Zmęczeni, myśleliśmy o tym jak najszybciej dojechać do hotelu i przytulić się do swoich łóżek.


Hostel – bardzo schludny i zadbany jak na chińskie warunki. Nawet mamy europejskie toalety! Zamieszkałam z Olą i dwiema chińskimi opiekunkami. Mam nadzieję, że SS-manka nie będzie mi robiła porannej , morderczej musztry.
Po rozpakowaniu, ogarnięciu pościeli do spania, poszliśmy na wieczorny spacer.
Powiem tak. Hangzhou jak na miasto mega nowoczesne, rozwinięte pod wszelakimi urbanistycznymi aspektami, bardzo mnie zaskoczyło pod względem zieleni. Otóż, gdzie się nie spojrzało, w oczy rzucały się tęczowe rabaty z kwiatami, krzewami. W naszej okolicy, przy West Lake, ulice podkreślone były ciągami alejowymi z przepięknych, wiekowych już, platanów klonolistnych. Hangzhou to taki troszkę odpowiednik naszego Wrocławia. Świetna architektura (generalnie różniąca się od polskiej, ale na swój sposób interesująca), dopełniona licznymi ogrodami, zieleńcami, skwerami, alejami, szpalerami, rabatami, żywopłotami itd. Nie mówię już o tymczasowych instalacjach artystycznych (tysiące kwiatów w doniczkach poukładane w różnorakie wzory). Nie mówię już o wszechobecnych drzewach cynamonowca i przepięknie pachnących drzewach z rodzaju Osmanthus! Muszę sobie znaleźć w Chinach perfumy o takim zapachu! Kwiaty tego cudownego drzewa dodaje się nawet do herbaty, słodyczy no i oczywiście jest składnikiem wielu perfum. Jest to ukochane drzewo Chińczyków.


Idąc jedną z platanowych alei natknęłam się na cztery sklepy z czym?? Z sukienkami oczywiście!!! Coś niesamowitego ile jest tutaj tych sukienek, każda z pięknymi wzorami z postaci kwiatów piwonii, górskich krajobrazów, smoków, chmur, magnolii… Jedno z moich marzeń, właśnie dzisiaj się spełniło – kupiłam sobie tradycyjną chińską sukienkę. Jest prze-śli-czna! Już bałam się, że w żadną się nie zmieszczę, ze względu, jak to mówią Chińczycy – europejskie biodra, ale udało się bez problemu. W wyborze sukienki pomogła mi kochana Ola. Jako wprawny grafik doradzała mi w kwestii kolorystyki i wzorów.
Asumiku – pseudonim Panoramix, czy też Asusiku, doktorek gułag, ciągnął nas na spacer wokół jeziora… No po prostu szalony Chińczyk. My stwierdziliśmy, że nie mamy siły i poszliśmy do sklepu kupić sobie piwko. Tylko Ola i Paulina poszły z Asusikiem.


44. dzień, 14.10.16 – Pobudka o 7:00 rano. Przysiady, śniadanko, makijaż, ząbki.
Dzisiaj pojechaliśmy do Prince Bay Park. Piękne, naturalistyczne założenie ogrodowe. Wszystkie elementy ogrodu poprowadzone zostały w luźny, lecz zaplanowany, organiczny sposób. Po całym terenie chodziło się krętymi, kamiennymi ścieżkami przy meandrujących strumieniach. Brzegi strumieni porastają: trzcina, trawy ozdobne dochodzące do 3 m wysokości, kany (takie kwitnące byliny, kwiaty mogą być żółte, czerwone, pomarańczowe). Na wodzie unosiły się fioletowe i białe grzybienie białe. W chińskich ogrodach najważniejszymi elementami są: kamień, woda, rośliny w tym bambus i budynki. Kamień obecny jest prawie wszędzie: w kamiennych ścieżkach, rzeźbach, altanach, pagodach, pawilonach itp. Używany jest również jako ozdoba sam w sobie – ustawiony przy klonie palmowym, czy przy wejściu do parku (bardzo często wypisane są na nich jakieś ważne dla Chińczyków treści, poematy, maksymy).


Dano nam 1,5 godziny wolnego czasu, aby obejść cały park, bądź wspiąć się na pobliski taras widokowy. Ola i Paulina udały się na wspinaczkę razem z innymi, a ja z Kamilą i Gosią eksplorowałyśmy nowe zakątki zielonego terenu. Park Prince Bay nie jest duży, dlatego udało nam się go obejść w 30 minut. Skoro został nam jeszcze czas, to poszłyśmy do kolejnego paru obok. Park położony jest tuż nad jeziorem East Lake. Piękne widoki, śliczne rośliny, a zwłaszcza potężne magnolie i klony palmowe.





Po powrocie do hostelu razem z Olą stwierdziłyśmy, żę mamy jeszcze siłę jeszcze gdzieś się przejść. Dlatego też dołączyliśmy do niezmordowanych i dzielnych podróżników – Angeliki i Piotrka. Wybraliśmy się razem do nowoczesnego centrum miasta w Hangzhou! Gdzie marzyliśmy zobaczyć na własne oczy nowoczesne międzynarodowe centrum konferencyjne w kształcie ogromnej złotej kuli!
Centrum zrobiło na nas ogromne wrażenie. Hangzhou nazywane jest w Chinach drugim Manhattan’em. Wszędzie drapacze chmur o wszelakich dziwnych kształtach, nie mówiąc o ogromnym zielonym dachu po którym chodziliśmy  dobra godzinę! Jest to dach wielkiej galerii handlowej.
Przeczekaliśmy na zielonym dachu do wieczora, wcześniej skoczyliśmy cos przekąsić do galerii. Chcieliśmy poczekać aż się z ciemni, żeby zobaczyć jak miasto jest oświetlone nocą.
Widok był niesamowity! Wszędzie kolorowe światła, iluminacje świetlne na drapaczach chmur… Nagle zobaczyliśmy, że na placu z fontanną przy złotej kuli zbiera się coraz więcej ludzi. Okazało się, że zaraz miał być pokaz fontanny multimedialnej. Ale nam się udało!
Pokaz fontanny okazał się całkiem odmienny od tego typu pokazów we Wrocławiu. Iluminacje świetlne, muzyka, wodotryski, które mogły się poruszać w kółko, zataczać łuki!!! Wszystkie te elementy dawały przepiękny efekt. Na pobliskich drapaczach chmur wyświetlane były przeróżne symbole chińskie, krajobrazy, kwiaty, motywy z bajek Disney’a. 
Pokaz trwał około 40 minut. Po całym dniu chodzenia byliśmy wykończeni. Postanowiliśmy, że już nigdzie nie idziemy tylko wracamy prosto do hostelu.
Wychodząc ze stacji metra okazało się, że na pobliskim skwerze odbywa się znowu pokaz fontanny! Skwer nazywa się „Ku czci 8 dziewic”. Stwierdziliśmy, że nic nam nie zaszkodzi popatrzeć na kolejną fontannę. Wodotryski tak szalały w rytm muzyki, że aż nas pochlapały i to srogo! Uśmialiśmy się bardzo. Kolejne ciekawe doświadczenie w ciągu dnia.




45. dzień, 15.10.16 – Wycieczka do Wetlandów.
Wyszliśmy dzisiaj z hostelu wyjątkowo późno – o 9:00. Do parku dostaliśmy się busem, który jechał około 1h. Dzisiaj pogoda była bardzo deszczowa. Niby nie lało bardzo, ale nieustannie padała mżawka. Dlatego każdy wyposażył się w płaszcze przeciwdeszczowe.
Wetland Park okazał się ogromnym terenem z zalanymi łąkami, bagnami i szuwarami. Cudownie było spacerować pośród wysokich trzcin i bambusów. Nie zabrakło też estetycznie zaprojektowanych rabat kwiatowych. Największym zaskoczeniem była dla nas rabata z mniszkiem lekarskim (rabata z mleczem, roślina uważana w Polsce za jeden z najbardziej j rozpowszechnionych chwastów w Polsce).
Dzisiaj byłam najszczęśliwszą turystką z naszej całej grupy – widziałam dzisiaj setki pięknych cypryśników błotnych! Jedno z ukochanych przeze mnie drzew… Uczyłam się o nich z książki do dendrologii i w końcu dzisiaj miałam okazje zobaczyć je w ich naturalnym środowisku!




46. dzień, 16.10.16 – Wycieczka wzdłuż brzegu jeziora West Lake.





47.dzień, 17.10.16 – Akademia Sztuki w Chinach, Suzhou, uliczka,  rybki zjadły stopy Oli.













48. dzień, 18.10.16 – Zwiedzanie historycznych ogrodów.

49. dzień, 19.10.16 – Zwiedzanie historycznych ogrodów.

50. dzień, 20.10.16 – Wyjazd do Szanghaju.

51. dzień, 21.10.16 – Wieczór z widokiem na Perłę Orientu.
Szanghaju witaj!!!
Po trzech godzinach jazdy busem dojechaliśmy do nowoczesnego, multikulturowego, zatłoczonego, deszczowego, europejskiego, szklanego, wielkiego Szanghaju.
Wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzenia mega nowoczesnego Shanghai Planning Exibition Hall.
Następnie pojechaliśmy do hostelu zostawić bagaże.
Odpoczęliśmy może z jakąś godzinę, następnie wsiedliśmy w metro do centrum miasta zobaczyć nocne życie Szanghaju.




52. dzień, 22.10.16 – deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz! Nici ze zwiedzania Perły Orientu!
Jaki mieliśmy smutek w oczach razem z Olą, Angeliką i Piotrkiem, gdy zobaczyliśmy , że wszystkie drapacze chmur są do połowy skąpane w chmurach… Coś okropnego. Przyjechać do Szanghaju i nie wjechać, choć na jeden wieżowiec… Porażka.
Postanowiliśmy za to odwiedzić kolorowy, podwodny tunel, przeprowadzony przez rzekę Huang Pu. Nie porwały nas te efekty świetlne i dźwiękowe, jaki zastaliśmy wewnątrz, ale było przynajmniej zabawnie i wesoło.
Następnie, ze względu na ulewę, stwierdziliśmy, że na razie odpuścimy sobie wizytę nad oceanem. Poszliśmy coś przekąsić. W galerii natknęliśmy się na niesamowite desery lodowe! Kochani moi, takich lodów to my w Polsce nie mamy z pewnością. Stwierdziliśmy od razu, że na pewno tu wrócimy dzisiaj po wyprawie nad ocean.
Na chińską plażę pojechaliśmy metrem. Wszystko byłoby super, gdyby nie ciągły deszcz. Mieliśmy wszystko przemoczone, najgorzej było z butami… Ale byliśmy bardzo dzielni, bo nie poddaliśmy się i cały czas mieliśmy ochotę na zwiedzanie.
Gdy dotarliśmy do naszego ostatniego przystanku, okazało się, że ocean jest stąd oddalony o prawie 10 km… Nieeeee! Tego już było za wiele! Ostatecznie poddaliśmy się… Ale humor nam nadal dopisywał więc zrobiliśmy sobie selfie przed wejściem do stacji metra J
Zawiedzeni wróciliśmy do galerii na zasłużony deser!!!
Deser – cuuudo! Wielka micha, w środku wiórki z lodów! A wszystko przykryte, grupą kołderką z kakaa… Na czubek dostaliśmy jeszcze trochę bitej śmietany J Niebo w gębie.








53. dzień, 23.10.16 – powrót z Szanghaju. Podróż w nocnym pociągu z łóżkami. Nawet pospałam sobie.




54. dzień, 24.10.16 – 64. dzień, 3.11.2016 – praktyki w ogrodzie botanicznym.
Nie pisałam codziennie dziennika, bo nie miałam za bardzo na to czasu. Codziennie wyjeżdżaliśmy z dworca autobusowego około godziny 8:00 rano. Zaspani, niechętni, ale trzeba było jechać. Trasę autobusem numer 802 pokonywaliśmy 1,5, a zdarzyło się i 2 h… W powrotnej drodze prawie wszyscy przysypialiśmy.
Generalnie nie tak wyobrażaliśmy sobie te praktyki. Kiedy rozmyślaliśmy jak one mogą wyglądać to pojawiał nam się jeden obraz w głowie: my w płaszczach przeciwdeszczowych, brudni do pasa od ziemi, a w rękach trzymamy łopaty i szpadle. Tak to na szczęście nie wyglądało. Praktyki w ogrodzie botanicznym polegały na tym, że codziennie rano mieliśmy dwugodzinny wykład (po chińsku, dlatego codziennie jeździł z nami jakiś chiński student, jako tłumacz). Następnie szliśmy na lunch do stołówki. Każdy brał sobie swoją metalową tackę, pałeczki i ustawiał się w kolejce po jedzenie. Jedzenie oczywiście w stylu chińskim: ryż (dużo ryżu), warzywka, troszkę mięska i zupka (jakiś bulion). Po zjedzeniu lunchu szliśmy na spacer po ogrodzie, bądź mieliśmy znów wykład (plan uzależniony był od pogody).










Na ostatni dzień ja, Angelika i Ola Dziuba miałyśmy przygotować prezentację. Ja i Angelika zrobiłyśmy prezkę o kwiatach Polski, natomiast Ola o Parku Mużakowskim.
Kiedy weszłam do sali byłam bardzo zestresowana, zwłaszcza dlatego, że zastałam tam prawie wszystkich pracowników naukowych ogrodu… Przedstawienie prezentacji stawało się coraz bardziej trudniejsze.
Najpierw wykład o roślinach w Chinach poprowadziła promotorka Kamili – profesor Gun. Następnie była moja kolej. Wcześniej przemyślałam sobie całą prezentację i stwierdziłam, że nie ma się czym stresować.
Cała prezentacja trwała chyba około 30 min, obok cały czas stał Keijin, który tłumaczył moje słowa na chiński. Czułam się w jego towarzystwie raźniej i dzięki temu poszło mi super!
Potem prezentowała się Ola, której tez dobrze poszło. Na koniec zaproszono nas na obiad!!! Do mega drogiej restauracji. Niedaleko ogrodu botanicznego. Jedzenia było mnóstwo. Połowa posiłku została dla nas niewiadomą…. Ale było warto spróbować, było pyyyyyyszne.







65. dzień, 04.11.2016. – Dzień wolny!!! Około 12:00 pojechaliśmy całym mieszkaniem na wielki targ. Wyglądał jak Pasaż Zielińskiego albo Świebodzki we Wrocławiu lub jak giełda w Kaliszu. Meeeega dużo różnych rzeczy. Od ciuchów, po zabawki, owoce, kramy z jedzeniem, pierdoły MADE IN CHINA… Generalnie wszystko. Oczywiście jak to dziewczyny musiałyśmy wstąpić do sklepu z japońskimi kosmetykami. Kupiłam sobie dwa piękne lakiery do paznokci!

Obejście większości stoisk, sklepików zajęło nam ponad godzinę i stwierdziłyśmy, że chcemy wracać. Ja nie czułam się zbyt dobrze dzisiaj, a dziewczyny musiały usiąść do angielskiego, żeby przygotować lekcje dla dzieciaków. Angelika i Piotrek zostali jeszcze, potem pojechali na następny targ.
Powrót autobusem, niby normalna sprawa, a tak może zdenerwować. Czekałyśmy na przystanku prawie godzinę na autobus. Wszystko przez te korki. Stwierdziłyśmy, że złapiemy taksówkę. Tylko, że żadna nie zechciała nas dowieźć na kampus. Zdenerwowane tym ciągłym czekaniem, hałasem trąbiących na nas skuterów i aut, poszłyśmy do głównej drogi East Renmin Road. W nadziei, że tam może złapiemy jakąś taxę albo jakimś cudem podjedzie 317.
Oczywiście wszystkie taxówki okazały się zajęte, a na dodatek minął nas rozpędzony autobus 317. W oddali tylko widziałyśmy jak zatrzymuje się na jakimś przystanku i odjeżdża.
Zrezygnowane doszłyśmy do tego przystanku. Nie miałyśmy wyjścia, tylko czekać. W końcu podjechało, po prawie 30 minutach, kolejne 317 i zabrało nas na kampus.


66. dzień, 05.11.2016 – sobota, dzień sprzątania.
Posprzątałam pokój, odkurzyłam korytarz i kuchnię, umyłam wszędzie podłogę. Potem zabrałam się do nauki chińskiego. W tym czasie dziewczyny były na zajęciach (prowadziły lekcje z angielskiego dla dzieci).



tekst: Alicia Galczynski
zdjęcia: Kamila Pawłowska





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz