czwartek, 29 września 2016

Co w Chinach cieszy

1. Tanie sushi. To chyba  rzecz, która ucieszyła nas wszystkich . Ceny sushi rozpoczynają się już od 7 juanów (około 4 złote), za 8 kawałków (długość 1 nori).  Oczywiście nie jest ono wtedy nazbyt wykwintne. Możesz trafić na sushi z samym bananem lub paluszkami krabowymi. Za 12 juanów dostaniemy już natomiast tuńczyka, czy ośmiornicę, za 15 łososia. Najdroższy zestaw sushi kosztuje 20 juanów. Mówimy tu oczywiście o „restauracjach” na kampusie.


2. Przerwa obiadowa. 2h wolnego pomiędzy zajęciami. W Polsce często denerwujemy się, gdy trafiają nam się tego typu okienka. Teraz nauczyliśmy się doceniać ten czas. U nas w Changshy trwa ona od godz. 12:00 do 14:00, w całych Chinach mogą wystąpić co do tego drobne wahania.  Jest to czas, który zawsze wykorzystujemy na jedzenie, czasem krótką drzemkę. Kampusowe knajpki przeżywają oblężenie, jest ich jednak na tyle dużo, a samo jedzenie przygotowuje się na tyle szybko, że cały proces przebiega bardzo sprawnie. Ogólnie siedząc jeszcze na porannych zajęciach nie możemy doczekać się 12:00.  Zdążyliśmy już przyzwyczaić nasz organizm do, jak na polskie realia, tak wczesnego obiadu. Przerwa obiadowa obowiązuje nie tylko studentów, ale i ludzi pracujących we wszelakich instytucjach państwowych, czasem również prywatnych przedsiębiorstwach.


3. Wszyscy są dla ciebie mili. Czy na uczelni, czy w sklepie. Nawet od osób niemówiących po angielsku wyczuwasz w swoim kierunku sporą dozę sympatii. Uwielbiam, gdy Pani w warzywniaku próbuje mi pokazać na migi, że może mi „oporządzić” ananasa.  Albo , gdy podchodzisz do kogoś w hipermarkecie, pokazujesz mu na translatorze czego szukasz i od razu znajduje się wianuszek osób, które chętnie to dla ciebie znajdą. Albo, gdy musisz znaleźć jakąś książkę w bibliotece i ktoś potrafi spędzić w niej pół dnia, żeby pomóc ci to osiągnąć. Już nie mówię o naszych chińskich znajomych, którzy „sympatyzują” z naszym kierunkiem, tym samym z ludźmi z Polski. Są oni naprawdę pomocni. 

4. Jazda na 4 osobowym rowerze, 8 pasmową ulicą, z prądem ,czy pod prąd, a to wszystko zgodnie z prawem.  Jedno z najbardziej abstrakcyjnych doznań w moim życiu. Tak niewiele, a cieszy.


5. Współczesne realizacje zagospodarowania przestrzeni publicznej. Tutaj przed oczyma mam obrazki z sobotniej wycieczki nad Meixi Lake. Jako obywatel planety Ziemia przyznaję temu miejscu wielkiego „+”. Jako architekt krajobrazu też. Przestrzeń biurowa, jezioro, wyważona zieleń w postaci traw. Atrakcje dla dzieci, miejsce na kulturę i sztukę, plaża, punkty widokowe, ciekawe formy architektoniczne. Mnogość drewna, szkła, zieleni i  wody w jednym miejscu.



6. Owoce. Takie, których w Polsce nie ma lub są bardzo drogie. Tutaj dużo tańsze, a przede wszystkim zawsze pyszne. Osobiście stałam się fanką ananasów i mango.


7. Herbata. 874818942 rodzajów liści dobrych na wszystko. Co prawda dzielimy je na lepsze i gorsze smakowo (najgorsze są te śmierdzące rybą), zawsze jednak znajdziesz coś dla siebie. I nie wierz zielonej herbacie kupionej w Polsce, to nie jest prawdziwa zielona herbata.


8. Losowanie jedzenia. To dopiero jest zabawa. Idziesz do restauracji, dostajesz menu, a tam krzaczki. Chcąc coś zjeść po prostu strzelasz. Możesz oczywiście posługiwać się translatorem, ale komu by się chciało rezygnować z zabawy w strzelanie i tracić pół dnia na  rozszyfrowywanie tego, co translator próbował przetłumaczyć?  Dzięki temu można dopiero poznać smaki Chin. Dobra rada: nie wybieraj zbyt drogich pozycji. Najczęściej są to rzeczy, których Europejczyk nie przełknie- będzie to niezgodne z jego kubkami smakowymi, tudzież sumieniem. Najdroższym mięsem według naszych znajomych jest pies, więc jeśli ostatnie pozycje w menu osiągają dużą cenę, wiedz, że niekoniecznie chcesz to zamówić.


9. Wszyscy doceniają twój angielski. Nie masz żadnych oporów psychicznych co do mówienia. Nie ważne na jakim poziomie jesteś i tak jesteś w lepszej sytuacji niż większość chińskiego narodu. Chińczycy często myślą, że jesteś native speakerem. O języku polskim mało kto słyszał. Tym samo łatwo dostać pracę jako nauczyciel angielskiego. A jeśli wyglądasz na obcokrajowca i mówisz po angielsku (obojętnie na jakim poziomie) to jesteś brany zazwyczaj za Amerykanina albo Anglika.
10. Woda dostarczana w baniakach na telefon. Każdy w akademiku ma dystrybutor. Wystarczy wysłać smsa, a chiński pan dostawca wniesie Ci zamówioną liczbę baniaków do twojej kuchni.


11. Klimatyzacja w pokojach  dla zagranicznych studentów. Bez niej przy panujących temperaturach przeżycie byłoby dużo trudniejsze. Chińczycy w swoich akademikach jej nie mają. W ogóle standard mieszkaniowy mamy dużo wyższy, niż przeciętny chiński student. Kolejna rzecz świadcząca o tym jak bardzo nas doceniają.

12. Taobao. Takie AliExpress, tylko że działające wyłącznie na terenie Chin. Miejsce w Internecie gdzie kupisz wszystko i to wszystko dostarczą Ci w ciągu kilku dni. Na kampusie jest wiele punktów odbioru paczek, Chińczycy większość zakupów dokonują właśnie tą drogą. Nigdy jednak nie masz pewności na co trafisz, musisz dokładnie sprawdzić zdjęcia wystawionych produktów itd. Ale to już magia zakupów internetowych. No i oczywiście cała strona też jest w krzaczkach, dlatego „na zakupy” najprościej jest zaprosić swojego chińskiego przyjaciela, który je rozszyfruje i upewni cię, że zamawiasz to co chciałeś. Najczęściej też zapłaci ze swojego chińskiego konta, a ty oddasz mu gotówkę.

13. Pokazy fontann z gustem, na bardzo wysokim poziomie. Wrocławska Hala Stulecia ma się do tego nijak. Tutaj naprawdę wszystko zgrane jest z muzyką, a przejścia kolorystyczne- imponujące.


14. Fajerwerki co sobotę. Osobiście nie jestem wielką fanką fajerwerków w ogóle, ale doceniam tego typu eventy, gromadzące członków danej społeczności w jednym miejscu.30 minutowy pokaz. Przychodzą młodsi, młodzi, średni, starsi i ci najstarsi. Tłum straszny, ale jedność ludzi wyczuwalna w powietrzu też ogromna.


15. Nawet jak wyglądasz strasznie to i tak Chińczycy twierdzą na odwrót. Komplementują zwłaszcza oczy, a to, przez wachlarz rzęs, dla nas normalka, każdy je posiada, jednak chińskie kobiety rzęs nie posiadają, a jeśli już są one bardzo krótkie i proste. Dlatego dla nich nasze oczy są niesamowite. Kolejnym aspektem są barwy tęczówek, każdy z nas ma inny kolor, dodatkowe plamki, kropki, natomiast oni mają oczy po prostu ciemne.

16. Wechat. Aplikacja umożliwiająca komunikację. Ma ją każdy. W przeciwieństwie do europejskich komunikatorów działa sprawnie, możesz w łatwy sposób wyszukać kogo potrzebujesz, sprawnie przesyłać zdjęcia itd. Jeżeli posiadasz chińskie konto bankowe, możesz nawet płacić Wechatem.

17. Metro. Co prawda tylko 2 linie (planują otworzyć jeszcze 4), ale i tak doceniamy to, jak bardzo usprawnia komunikację po mieście. 


18. Karaoke. Wyjście na karaoke ze znajomymi wygląda całkiem inaczej niż w Polsce. Tutaj jest intymnie. W „knajpie karaoke” z wieloma pokojami,  wynajmujesz własny pokój z profesjonalnym sprzętem. Sami wybieracie piosenki, każdy kto chce śpiewać dostaje mikrofon. Co ciekawe każdy Chińczyk lubi śpiewać. Mało który umie, ale każdy chętnie to robi.

19. Bidoniki. Mnóstwo kolorowych i słodkich zbiorniczków na płyny. Ceny są zróżnicowane w zależności od sklepu. Tak, czy siak w Empiku nawet najdroższy chiński bidonik kosztowałby 3 razy więcej i to po przecenie.


20. Tanie artykuły papiernicze. Witamy w raju. Karteczki, zeszyciki, długopisiki i tak uwielbione przez nas podrabiane chińskie promarkery. Oryginalny promarker w Polsce – 11 złotych. Chiński promarker, który nie odbiega oryginalnym standardom od 3 do 4 juanów= 2 złote. Już wiem jakie pamiątki z Chin sobie przywiozę. I to będą jak najbardziej usprawiedliwione zakupy, wszystko przydatne do projektowania.

Tekst: Aleksandra Słota
Zdjęcia: Kamila Pawłowska

środa, 28 września 2016

Chiny – Changsha_31.08.216 – 25.06. 2017

1. dzień, 31.08.16. – Lot samolotem do Amsterdamu, przesiadka w samolot do Szanghaju, następnie przesiadka do Changshy.


2. dzień, 1.09.16. – Wstaliśmy wszyscy około godziny 6:30, następnie wraz z naszymi chińskimi kolegami oraz opiekunem Micheal’em udaliśmy się do pobliskiego międzynarodowego szpitala w Changshy. W szpitalu pustki. W poczekalni zastaliśmy garstkę Chińczyków oczekujących na swoją kolej. Daisy – zaprzyjaźniona Chinka, pobrała nam bilety z numerami, które w kolejności miały być wyczytane przez megafon. Czekając na swoją kolej byliśmy obserwowani bacznym okiem przez cudzoziemców, którzy nie oszczędzali na robieniu nam zdjęć, a robili to z wielkim zadowoleniem i zapałem. Będąc w Chinach musimy się przyzwyczaić do tego, że nasza obecność tu jest dużym wydarzeniem dla okolicznych mieszkańców. Europejskie twarze są nadal tu rzadkością i ciągle wywołują zdziwienie i wzbudzają ciekawość. Dla małych dzieci jest to szczególna atrakcja, dlatego też lubią nas zaczepiać krzycząc: „Hello, hello!”
Wybija 9 rano więc rejestracja pacjentów zostaje rozpoczęta. Michael prosi nas o wszystkie dokumenty: paszport, kartę od lekarza, badania na kiłę, wirusa HIV, prześwietlenie klatki piersiowej, książeczkę niezbędnych szczepień. Następnie wszystkie dokumenty zostają zweryfikowane przez doktora, który nagle stwierdza, że wszystkim nam brakuje USG brzucha… Musimy za nie zapłacić 160 juanów, następnie udajemy się na badanie.
Kolejka szybko się powiększa, ale to nam nie przeszkadza gdyż w szpitalu jest chłodno bo wszędzie działa klimatyzacja. Nagle przychodzi Chinka koło 50-tki i wciska się w kolejkę jako pierwsza. My z oburzeniem próbujemy jej przetłumaczyć, że tu obowiązuje kolejność, a na to ona zaczyna się głośno śmiać, udając że nic nie rozumie. Na pomoc przychodzi Daisy, która tłumaczy kobiecie, że ma przejść na koniec kolejki, a ta po chwili to robi.
Po zakończeniu badań wróciliśmy na campus. Razem z dziewczynami byłyśmy niewyspane jeszcze po podróży dlatego też, stwierdziłyśmy że się zdrzemniemy.
Obiad zjedliśmy na miejscowej stołówce, uprzednio doładowując kartę, żeby płacić rachunki za elektryczność. Stołówka, jak stołówka. Mnóstwo ludzi, hałas, ciekawskie spojrzenia w kierunku grupy polskich studentów. Zapach gotowanych, a raczej smażonych potraw roznosił się po całym pomieszczeniu (jedyne miejsce, gdzie nie śmierdzi fekaliami). Jedzenie było dobre, ale nie tak dobre jak się spodziewaliśmy.
Później pojechaliśmy do miasta do supermarketu kupić sobie coś do jedzenia na śniadanie. Sklep ogromny, rzeczy tysiące, szkoda że większości nie mamy pojęcia czym jest. Najwięcej jest słonych i ostrych przekąsek, w postaci suszonego mięsa i podrobów w plastikowych torebkach zamykanych próżniowo. Dużo jest też słodyczy różnego rodzaju: żelki, musy, puddingi, cukierki, batoniki, wafelki, pianki i inne. Większość z tych rzeczy jest na wagę, pakowane pojedynczo w plastikowe paczuszki. Słodycze w Changshy mają do siebie, że albo są bardzo słodkie albo bardzo słone i doprawione nieznanymi dla nas przyprawami. Na przykład weźmy na to suszone owoce (śliwki), są niby zwykłymi suszonymi owocami, ale złamane są w smaku jakąś słoną przyprawą i nie nadają się do jedzenia, a zwłaszcza do porannej owsianki.
Chiny to stolica świata, jeśli mowa o podróbkach. Od markowych butów, bo ubrania, elektronikę i tak dalej. Chińczycy mają słabość do etykietek. Uwielbiają Apple (elektronika), Adidasa, Nike, Pumę (obuwie, ciuchy), marki gastronomiczne takie jak Starbucks, Costa Coffee. Loga gastronomiczne umieszczają na bluzkach, kurtkach, bidonach do picia, butach… Trochę szaleństwo, ale to w końcu Chiny.
Dzień zakończyliśmy jedząc kolację na pobliskiej ulicy. Znajduje się tam całe mnóstwo barów z jedzeniem typowo chińskim: makarony, dania mięsne z wołowiny, wieprzowiny, kurczaka, psa…? Wszyscy polecamy słynne bauzi, czyli takie pyzy czy knedle z nadzieniem z mięsa, grzybów, szczypiorku, marmolady. Można znaleźć tam również pierogi podobne z wyglądu do polskich pierogów jakie robią nasze mamy i babcie.
Ze względu na gorące, duszne dni pijemy dużo wody i soków. Czasami to nie wystarcza i wtedy warto sięgnąć po lody tajskie lub smoothie z mango lub arbuza.



3. dzień. 2.09.16.

4. dzień, 4.09.16. -  Pobudka o 9 rano, na śniadanko zjadłam owoce: winogrona i chińską, soczystą gruszkę. Około 10:30 spotykaliśmy się z naszym nowym kolegą Asumiku, który miał nas zabrać do katolickiego kościoła. Pojechaliśmy w 5 osób taxi i dotarliśmy na miejsce około 11:20. Na mszę oczywiście się spóźniliśmy. W kościele zastaliśmy całą grupę Afrykańczyków oraz parę Chińczyków. Obecność cudzoziemców z Afryki w katolickim kościele w Changshy było dla nas nie lada zaskoczeniem. Do ławki zaprosiła nas słodka Afrykanka machając życzliwie dłońmi w kierunku wnętrza kościoła. Msza prowadzona była po angielsku i tłumaczona była na francuski (Afrykańczycy musieli pochodzić z terenów byłej kolonii francuskiej). Cała uroczystość bardzo nam się spodobała. Na koniec, jako nowe twarze w kościele, zostaliśmy poproszeni i krótkie przedstawienie siebie, skąd jesteśmy i jak mamy na imię. Po wszystkim zaczęto nam bić brawa.
Po mszy Asumiku zaproponował, że możemy iść gdzieś coś przekąsić. Mieliśmy wielką ochotę na makaron, dlatego też znaleźliśmy taką małą knajpkę gdzie właśnie podają makaron ryżowy i chiński na różne sposoby: gotowany, smażony, z mięsem z kurczaka, wieprzowiny, wołowiny, z warzywami, tofu… Zamówiliśmy zupę z makaronem chińskim, wieprzowiną i grzybami. Danie było ogromne, nie daliśmy rady zjeść całego. Ale wspaniale smakowało. A ja spragniona ostrości doprawiłam sobie zupę sosem z papryki chilli. Była jeszcze lepsza.
Po powrocie z miasta zaczęliśmy krążyć po kampusie w poszukiwaniu siłowni. Znaleźliśmy dwie, jedną tańszą przy boisku, drugą droższą obok marketu. Teraz ze względu na wydatki nie będzie nas stać na tę droższą dlatego też zapiszemy się na tę przy boisku, która jest nawet bliżej akademika.
Później wybraliśmy się już większą grupą na targ. Kupiłam sobie parę plastikowych koszyków na przechowywanie leków i kosmetyków oraz przybory do rysowania.
Wieczorem około godziny 19:00 wybrałam się na krótki spacer ze szkicownikiem. Usiadłam na krawężniku i narysowałam to co widzę przed sobą – czyli brudne podwórko chińskiego kampusu. Zdałam sobie sprawę, że na rysunkach wszystko wydaje się ładniejsze…
Przed godziną 20:00 dostaję wiadomość od Pauliny, że jakiś Chińczyk chce nas zaprosić na kolację. Ja oczywiście wyrażam chęć. Nie byłam jakoś specjalnie zmęczona i miałam ochotę jeszcze pochodzić po mieście.
Kolację zjedliśmy w miejscu do którego jeszcze się nie zapuszczaliśmy. Ale posiłek był niesamowicie dobry i co ważne pikantny.



5. dzień, 5.09.16 – Dziś musieliśmy wstać bardzo wcześnie. Pobudka o 6:30. Szybkie mycie włosów, make up. Na śniadanie chińskie jabłko i szklanka wody. Zbiórka o 7:30 przy bramie do akademika. Michel zabrał nas busem do siedziby policji w Changshy, aby dokonać niezbędnych formalności odnośnie rocznego pobytu w Chinach. Potrzebne nam były paszporty i dwa zdjęcia paszportowe. Jechaliśmy bardzo długo, bo ponad 30 min. Po drodze mogliśmy podziwiać widoki tego wielkiego miasta. Mnóstwo blokowisk z budynkami po trzydzieści pięter i większych. Pomimo tego, że Changsha jest bardzo dużym, betonowym miastem w porównaniu do polskich miast, to i tak znaleźć w nim można wiele terenów zielonych. Praktycznie każda ulica obsadzona jest roślinnością. Najczęściej można tu spotkać drzewa cynamonowe, bardzo popularne w prowincji Hunan, krzewy granatu, piękne paulownie o fioletowych kwiatach i ogromnych liściach, palmy oraz przede wszystkim bambus.
Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że siedziba policji jest jeszcze zamknięta dla petentów. Musieliśmy poczekać do godziny 9:00.
Wszystkie formalności udało nam się załatwić bardzo szybko, musieliśmy za tę przyjemność zapłacić 800 juanów.
Po wszystkim wróciliśmy do kampusu. Udaliśmy się do supermarketu i do banku wypłacić pieniądze. W sklepie zrobiliśmy kolejne niezbędne do mieszkania zakupy: płyn do szyb, garnek, patelnia, coś do jedzenia. Po zakupach wróciliśmy do akademika, aby położyć się jeszcze na chwilę przed naszymi pierwszymi zajęciami z chińskiego.
Zajęcia zaczęły się o godzinie 14:30 i trwały do około godziny 18:00. Nauczycielka chińskiego okazała się bardzo serdeczna i pomocna. W trakcie zajęć opowiadała nam co musimy spróbować do jedzenia na pobliskim targu. Pytała się co już jedliśmy i jak się dowiedziała, że jedliśmy makaron na obiad chwyciła się za głowę i wykrzyknęła, że makarony je się na śniadanie!
Pierwsza lekcja była bardzo przyjemna. Przypomnieliśmy sobie wcześniej już nauczone słowa i zwroty. Przy tym śmialiśmy się do rozpuku, gdyż nie wymawialiśmy tych słów w odpowiedni sposób i brzmieliśmy bardzo zabawnie.
Po zajęciach nauczycielka zaproponowała nam, że pokaże nam, w którym miejscu możemy zjeść najlepsze baozi. Przy okazji oprowadziła nas jeszcze po innych knajpkach. Zjadłam miseczkę pokrojonego arbuza i smoczego owocu. Dostaliśmy tez propozycję zjedzenia śniadania z nowo poznaną nauczycielką. I jesteśmy umówieni z nią na jutro na godzinę 10:00. Zabiera nas na pyszny, śniadaniowy makaron.
Wieczorem zabrałam się za upiększanie pokoju. Wzięłam do reki ołówek i zaczęłam szkicować chińską grafikę na ścianie w postaci dwóch papużek, kwiatów i chmur wokół. Następnie Ola i Kama zaproponowały wspólne ćwiczenia w salonie. Odpaliłyśmy laptopa i filmik z wirtualną panią trener i zaczęłyśmy workout.
Po przyjemnych, ale męczących ćwiczeniach, usiedliśmy całą jedenastką do wspólnego stołu, aby pograć w UNO. Śmiechu było co nie miara. Piliśmy chińskie piwo, zagryzając tradycyjnymi przekąskami i słodyczami, owocami. Wieczór był bardzo udany.




6. dzień, 6.09.16 – Pobudka o 9 rano. Z akademika wyszliśmy 9:45, bo byliśmy umówieni z naszą nauczycielka chińskiego na wspólne śniadanie na mieście. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że poszliśmy w złą uliczkę… Błądziliśmy 30 minut zanim znaleźliśmy Guo Shan Shan stojącą pod drzewem wyrastającym z asfaltu na środku drogi.
Chinka zabrała nas w miejsce gdzie sprzedają najlepszy makaron na śniadanie (bo makarony w Changshy jada się na śniadanie). Danie było pyszne. Dosyć delikatne dlatego dołożyłam sobie łyżeczkę chilli i czosnku. Znów nie zjedliśmy wszystkiego, gdyż porcje dań w Chinach są ogromne.
Po zjedzeniu, nauczycielka zabrała nas w miejsce, gdzie można kupić świeże mięso wieprzowe. Na miejscu doznaliśmy szoku, gdyż kawałki świńskiego korpusu były powieszone na łańcuchach zakończonych hakami. Najbardziej obrzydliwy był łeb świni, którego obsiadły muchy… Chinka twierdziła, że w Changshy nie ma innych sklepów mięsnych… Stwierdziliśmy, że raczej nie będziemy kupować mięsa w Chinach.
Później Shan Shan pokazała nam, gdzie jest tani targ z owocami, na którym z własnej głupoty przepłaciłam za kiść winogron… Na targu trzeba się targować i w żadnym wypadku nie można zachwalać produktów sprzedawcy, bo podnoszą cenę.
Gdy wróciłam do mieszkania, dalej malowałam na ścianie swoją grafikę. Potem na 14:30 mieliśmy zajęcia z języka chińskiego. Później poszliśmy na targ.
Wieczorem znajomi z Polski zaprosili nas na małą integrację przed akademik. Poznaliśmy wielu nowych ludzi: Chińczyków, Mongołów i Czeszkę. Było bardzo zabawnie zwłaszcza, gdy graliśmy we flanki. Co się szkła natłukło… Narobiliśmy wielkiego hałasu, aż studenci z akademików zaczęli w nas rzucać zapalniczkami z balkonów…


7. dzień, 7.09.16 – Dzień zaczęliśmy od zajęć z języka chińskiego. Wszyscy byliśmy jacyś zaspani… Kompletnie nie mogliśmy rozszyfrować tak zwanych „krzaczków chińskich”, które w obfitych ilościach Shan Shan wypisywała na tablicy… Teraz zajęcia są trudniejsze, gdyż nie używamy w ogóle pisma Pinyin! Chiński stał się jeszcze trudniejszy, niż przedtem.
Po zajęciach skoczyłam z Kamilą, Gosią i Pau na pyszny makaron. Zjadłyśmy go ze smakiem.
Następnie wróciliśmy do akademika. Ze względu na zmianę czasu, jesteśmy tu w ciągu dnia często zmęczeni, zwłaszcza gdy jest tak gorąco. Kiedy większość spała, ja udałam się na dwór po szkicować jakieś rośliny (obiecałam sobie – przynajmniej 1 rysunek codziennie).
O godzinie 16:30 mieliśmy kolejne zajęcia z chińskiego. Sytuacja się nie poprawiła… dalej zasypialiśmy na lekcji… Dlatego Guo Shan Shan stwierdziła, że zwolni nas wcześniej.
Wieczorem, zrobiliśmy pracę domową z chińskiego, a potem ćwiczyłyśmy cross fit domowy w kuchni z Olą. Trening był mocny. A jaka satysfakcja…

8. dzień, 8.09.16 – Pobudka o 7:00. Zajęcia z chińskiego. Dzień ogólnie zapowiadał się bardzo przyjemnie: słońce świeciło, powietrze wydawało się czystsze (mniejszy smog niż wczoraj)… Lecz gdy poszliśmy do banku wypłacić pieniądze na czynsz za akademik na cały rok, nagle poczułam się słabo i myślałam, że zaraz upadnę na chodnik. Nic nie pomagało, ani zimna woda do picia ani trochę melona na podwyższenie cukru… Dlatego wróciłam z Olą do akademika i położyłam się spać.
Popołudniu około godziny 15 musieliśmy stawić się w gmachu naszego Wydziału. Mieliśmy tam spotkanie organizacyjne. Spotkaliśmy się z naszymi promotorami ze strony chińskiej. Okazało się, że nagle zmieniono mi promotora i nie będzie nią kobieta, którą spotkałam około pół roku temu (wtedy kiedy władze uczelni z Changshy przyjechały do naszej uczelni też na spotkanie organizacyjne). Moim promotorem jest niziutki mężczyzna o imieniu….. Kompletnie nie umie mówić po angielsku… Dobrze, że był obok Wei (chiński student, ten który odebrał nas między innymi z lotniska) i przetłumaczył całą wypowiedź mojego promotora na angielski…
Po spotkaniu udaliśmy się wraz z Angeliką i Piotrkiem do centrum miasta, tak sobie pochodzić. Dojechaliśmy wyjątkowo pustym autobusem, w którym – tu niespodzianka – było chłodno. Później metro z jedną przesiadką i jesteśmy na Wuyi Square. Ludzi oczywiście całe tłumy. Porobiłam dzisiaj więcej zdjęć z czego się bardzo cieszę. Przeszliśmy całą….. w poszukiwaniu deseru z mango i taniego sushi. Następnie przeszliśmy się na pobliski most, z którego było widać całą panowamę Orange Island. Widoki niesamowite, szkoda że widoczność zakłóca wszechobecny smog… Na moście o mało co nie zabił mnie kierowca na skuterze, ale dałam radę… Nie rozumiem tego, dlaczego po chodniku jeżdżą motocykle i skutery… Nigdzie nie możesz czuć się bezpiecznie. Na ulicy jest jeszcze gorzej. Auta jeżdżą jak chcą, trąbią w klaksony, hałas jest niemiłosierny.
Most był bardzo długi, a zaczął dodatkowo zapadać zmrok. Stwierdziliśmy, że wracamy na kampus.
Po drodze kupiłam sobie obiado-kolację, gdyż cały dzień nic nie jadłam. Był to zasmażany makaron z warzywami i toną tłuszczu… Ale w smaku wspaniałe i odpowiednio ostre.
W akademiku znów poczułam się źle… Zaczęłam mieć dreszcze. Angelika dała mi termometr i okazało się, że mam prawie 40 stopni temperatury! Dziewczyny zaraz się mną zajęły. Dostałam mocne tabletki, wzięłam trochę swoich, zrobiłam sobie gorący prysznic i położyłam się do łóżka pod kołdrę.




9 – 15. dzień, 9.09.16 – 14.09.16 – Złapałam okropnego wirusa! Miałam gorączkę 39,6, straszny kaszel i katar… Nie miałam siły na pisanie…

15. dzień, 15.0.16 – Święto Księżyca - Wyprawa w góry Yuelu w Changshy. Zbiórka o 10:00 na dworcu PKS. Autobusem 317 podjechaliśmy na stację metra. Pogoda dzisiaj była bardzo przyjemna. Nie było tak gorąco jak zwykle, a do tego wiał chłodny wiatr. W sam raz na górską wyprawę.Po dziesięciu przystankach metra dotarliśmy na miejsce. 

                                                                                                                                                                    Smog był dzisiaj ogromny. Wieżowce ginęły w oparach zanieczyszczeń. Na szczęście góra była widoczna. Udaliśmy się do kas, gdzie okazało się, że wyciąg krzesełkowy nie działa. Zdecydowaliśmy się na pieszą wędrówkę.


Górski szlak na górę Yuelu można porównać do szlaku na polską Gubałówkę, czy Morskie Oko. Zamiast kamienistej ścieżki zastaliśmy tam szeroką na 6 m asfaltową drogę, po której jeździły mini busy przewożące leniwych Chińczyków na szczyt i z powrotem. Podczas wędrówki nie obyło się bez ciekawskich spojrzeń. Dzieci podbiegały do nas i krzyczały: „Hello, hello!”, jedna Chinka uprzejmie się zatrzymała i po cichutku powiedziała: „Good morning”.


Wędrowaliśmy tak przez około 40 minut, po drodze mijaliśmy wyjątkowe okazy drzew cynamonowych, ambrowce balsamiczne, miłorzęby chińskie, krzewy granatu oraz wiele nieznanych nam drzew i krzewów.
Na szlaku zawsze znajdzie się ktoś kto jest ubrany jakby szedł na przyjecie czy do klubu tanecznego, a nie w góry. Większość Chinek biegała w szpilkach na 12 centymetrowych obcasach, w sukieneczkach ledwo zakrywających pośladki. Cóż… W końcu są święta, a w święta przecież trzeba się jakoś pokazać…
W końcu docieramy na szczyt, gdzie czeka na nas jeszcze większy tłum Chińczyków. Usiedliśmy na schodach przy jakiejś małej gastronomii, aby trochę odsapnąć. Wystarczyło kilka minut, aby zleciało się stado ludzi, chcących uwiecznić nas na swoich telefonach. Robili zdjęcia, nagrywali filmiki, robiąc przy tym zdumione miny. Trochę to nas już denerwuje, zwłaszcza Kamilę, która miała ochotę wymierzyć sprawiedliwość fotografom-amatorom.
Po krótkim odpoczynku, pod baczną obserwacją małych skośnych oczu, udaliśmy się na zwiedzanie. Widoki były piękne. Widzieliśmy starożytne krypty, do których prowadziły wąskie kamieniste ścieżki. 





Lecz najpiękniejsze były stare świątynie oraz zabudowa Akademii Yuelu. Akademia otoczona jest wysokim murem, przysłoniętym gąszczem pięknych, wysokich bambusów. Po przekroczeniu bramy, nagle znaleźliśmy się w innym świecie. Dookoła, widać było piękne budynki typowe dla chińskiej architektury. Wszędzie rosły gęste kępy bambusa.
W drodze powrotnej do stacji metra, stwierdziliśmy że przejdziemy się przez mały park w pobliżu. Park okazał się bardzo malowniczym miejscem – było tam duże jezioro pokryte w połowie gęstwiną liści lotosu. Widok był piękny.





16. dzień, 16.09.16 – Wstaliśmy wszyscy około godziny 11, więc dosyć późno. Ale to dlatego, że dzień wcześniej byliśmy bardzo zmęczeni po wycieczce na Yuelu Mountain. Musieliśmy to odespać. Po śniadaniu Ola zaprosiła mnie do wspólnego treningu na mięśnie brzucha. Trening był dosyć ciężki, ale satysfakcjonujący. Po treningu, wykąpałyśmy się i zaczęłyśmy się szykować do miasta.
Z powodu dni świątecznych Wuyi Square (centrum Changshy), jest bardzo, ale to bardzo zatłoczone. Wszędzie widać ludzi. Ze wszystkich stacji metra i przystanków autobusowych wylewają się setki osób, chcących spędzić czas poza domem, kupując przy tym mnóstwo jedzenia, a zwłaszcza czarnego śmierdzącego tofu. Chińczycy je uwielbiają. Dla nas śmierdzi spoconym dziadkiem, bądź karmą dla psów, zepsutym serem. W skrócie – capi strasznie.
Udałyśmy się na Taiping Road. Tam dopiero był ruch… Odwiedziłyśmy mnóstwo mini sklepików. Sklepy chińskie są bardzo urocze. Małe, ciasne, ledwo da się przejść między stoiskami, z których wysypują się drobiazgi MADE IN CHINA.
Dla ochłody kupiłyśmy sobie na dwie deser z mango… Niebo w gębie. Deser jest ogromny. Do wielkiego plastikowego kubka pani ekspedientka wlewa pyszny mus z mango, na to wyciska bitą śmietanę, na to kładzie mrożone wiórki z mango, a na samą górą dokłada cztery kawałki świeżego owocu. Coś cudownego. Deser zjadłyśmy ze smakiem na schodach jakiegoś starego chińskiego budynku w towarzystwie fotografów amatorów.

17. dzień, 17.09.16. – Wycieczka na Orange Island. Wstaliśmy sobie na spokojnie około godziny 10:00. Plan był taki: 14:00 wyjazd z kampusu, przesiadka z autobusu za mostem w metro i wysiąść na ostatnim przystanku – Orange Island. Tak też zrobiliśmy. Turystów i mieszkańców było mnóstwo. Ciężko było się dostać na ruchome schody w podziemiach metra.
Po dotarciu na wyspę, udaliśmy się na spacer wzdłuż brzegu rzeki Liuyang. Pogoda była piękna, w sam raz na wycieczkę po Orange Island. Nazwa Pomarańczowa Wyspa wzięła się od drzew pomarańczowych, których jest pełno tutaj. W większości są to drzewa z rodzaju cytrus.


Spacerując po wyspie zwiedziliśmy dwie świątynie. Przy tej drugiej natknęliśmy się na coś bardzo ciekawego. Przy schodach do świątyni leżała sobie posrebrzana rama od obrazu! Niby nic dziwnego… Ale była piękna. Stwierdziliśmy, że przydałaby się nam w akademiku do przystrojenia kuchni. Nagle ktoś rzucił hasło, aby ją zabrać do mieszkania… Nie mogłam w to uwierzyć, ale rzeczywiście zabraliśmy ze sobą tę piękną ramę. Podróżowała z nami cały dzień.








Robiliśmy sobie z nią zdjęcia, było bardzo zabawnie, chińczycy uśmiechali się serdecznie widząc nas jak się dobrze bawimy pozując z pomnikiem Mao Zedonga w tle.
Wyspa ma około 6 km długości i 300 m szerokości. Na koniec wyspy dostaliśmy się uroczą ciuchcią na kółkach.







Późnym popołudniem musieliśmy wyjść z wyspy. Udaliśmy się na posiłek.
Wieczorem około 20 poszliśmy nad rzekę, aby oglądać pokaz fajerwerków. Miasto wyglądało cudownie. Wszędzie kolorowe światła, drapacze chmur mieniły się od świątecznych napisów, które były wyświetlane na ich fasadach. O 20:30 zaczął się pokaz. Był niesamowity. Takich fajerwerków jeszcze nie widziałam. I sam pokaz trwał bardzo długo.
Po pokazie wróciliśmy w zatłoczonym metrze i autobusie na kampus. Zaczęliśmy oglądać II część Ojca chrzestnego, ale byliśmy tak zmęczeni po całym dniu, że poszliśmy spać…




18. dzień, 18.09.16. – Kościół i seans filmowy z „Ojcem chrzestnym II”. Trening na pośladki z Kamą i Olą.

19. dzień, 19.09.16. – Zajęcia z zaparzania tradycyjnej chińskiej zielonej herbaty.

20. dzień, 20.09.16. – Zajęcia z zaparzania tradycyjnej chińskiej czarnej herbaty.
Dzisiaj mogłam na własnej skórze spróbować zaparzyć prawdziwą chińską herbatę. Zajęcia polegały na krótkim wykładzie na temat czarnej herbaty nazywanej w Chinach czerwoną (generalnie zawsze się zastanawiałam dlaczego na czarną herbatę mówimy czarna a nie czerwona, skoro napar zawsze wychodzi bardziej czerwony… Ale cóż). Po wykładzie jedna z chińskich nauczycielek usiadła z biurkiem i rozpoczęła rytuał parzenia czarnej herbaty. Przy pięknych dźwiękach tradycyjnej muzyki patrzyliśmy na wdzięczne ruchy dłoni dziewczyny. Patrzyłam jak oczarowana. Nigdy nie myślałam, że parzenie herbaty może być takie piękne. Każdy ruch jest ważny. Wszystkie elementy zastawy porcelanowej są wyraźnie przedstawione przed użyciem. Na koniec każdy dostaje na wypróbowanie przygotowany wywar.




Rytuał parzenia herbaty:
·         Gotujemy wodę w czajniku, nie doprowadzamy do wrzenia. Tepmperatura to 70 stopni.
·         Na specjalnym drewnianym bądź ceramicznym blacie układamy porcelanowe filiżanki, filiżankę z zakrytym wieczkiem, szklany garnuszek na wodę, miska na resztki, podstawek na liście herbaty, przybory bambusowe do mieszania i mycia zastawy oraz mały ręczniczek. Wszystkie te elementy należy najpierw pokazać gościom zaproszonym na rytuał. Należy to robić z dużą gracją i wdziękiem.
·         Po przedstawieniu wszystkich elementów można się zabrać za zaparzanie herbaty. Wlewamy gorącą lecz nie wrzącą herbatę do szklanego dzbanuszka, aby go przepłukać. Bierzemy go w ręce i okręcamy tak, aby woda delikatnie oblewała szklane ścianki i wylewamy do porcelanowego naczynia w postaci dużej miski (miska na resztki fusów, płyn z przemycia fusów itd.) Później powtarzamy czynność i wlewamy gorącą wodę do filiżanek gości, bambusowym narzędziem chwytamy filiżankę i obmywamy, wylewamy wodę do miski.
·         Bierzemy do ręki podstawek z przygotowaną porcją liści herbacianych, pokazujemy gościom, wąchamy, dajemy również innym do powąchania. Delikatnie przechylając podstawek wsypujemy liście za pomocą bambusowego patyczka do filiżanki z przykryciem. Zalewamy okrężnymi ruchami wodą, którą wcześniej wlewamy do szklanego garnuszka (garnuszek obracamy, aby woda delikatnie przestygła).
·         Teraz w zależności od herbaty czekamy od 3 do 13 lub nawet 20 sekund, aby napar był gotowy do podania. W przypadku czarnej herbaty czekamy 13 sekund. Na drugi szklany garnuszek nakładamy filtr, bierzemy delikatnie filiżankę z przykryciem w jedną dłoń przytrzymując przykrycie jednym palcem tej samej ręki, i wlewamy napar do szklanego dzbanuszka z filtrem. Przy tej czynności należy uważać, gdyż filiżanka z herbatą bardzo szybko się nagrzewa.
·         Czas na rozlanie naparu gościom. Uprzednio można nalać sobie do filiżanki i uczynić ukłon w stronę gości podnosząc filiżankę dwiema dłońmi na wysokość brwi. Kobiety w Chinach wykonują taki ukłon w stronę swojego męża. Nalewając herbatę gościom mówimy: „Proszę, teraz możesz się napić”.







21 dzień, 21.09.16. – Wycieczka do Tea marketu.
Autobusem jechaliśmy około 30 minut. Dziś pogoda znów przyjemna. Nie jest wcale gorąco, wieje przyjemny chłodny wiatr.
Dochodzimy do marketu – budynki do 3 pięter, podobne do budynków mieszkalnych. W każdym z nich znajdują się malutkie sklepy z herbatą, zastawą, czy meblami z pięknego, ciemnego drewna.
Odwiedziliśmy też jeden, dosyć spory sklep. Zastaliśmy tam prawdziwy herbaciany klimat. Na półkach  - mnóstwo filiżanek, we wszelakich kolorach, wzorach i kształtach… Coś pięknego. Moje ulubione zastawy to te białe, porcelanowe z niebieskimi wzorami w kształcie lotosu, czy chińskich krajobrazów. Piękne… I takie malutkie i poręczne.
Po wizycie z sklepie, udaliśmy się na trzy pokazy ceremonii zaparzania herbaty: zielonej, ciemnej (nie czarnej – to coś innego) oraz białej.
Wieczorem, po powrocie, wszyscy byli bardzo głodni. Wpadliśmy do kuchni jak szaleni.
Po obiadokolacji ja, Paulina, Kamila, Ola, Wiola, Justyna oraz Gosia udaliśmy się z Asumikiem i jego dziwnym chińskim kolegą na karaoke…. Zupełnie nie miałam na to nastroju, ale mówię sobie: „Jesteś w Chinach! Nie siedź w akademiku!”.
Poszliśmy w dół, w stronę East Renmin Road. Skręciliśmy w prawo, w stronę blaszanych budynków z jedzeniem. Gdzieś tam miał być budynek z karaoke. Po drodze oczywiście zaczepiano nas, zapraszano do spróbowania różnych specyfików gastronomicznych… Ale my dziarsko szliśmy dalej, aż w końcu znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Lokal typowo chiński – generalnie kiczowaty, ale przyjemny. Dostaliśmy własną salę do śpiewania!!!
Karaoke uznaję za bardzo udane. Wszyscy śpiewali, śmiali się. Asumiko pokazał swój talent muzyczny. Kiedy zaczął śpiewać melancholijną, chińską piosenkę o miłości, szczęki nam opadły… Potem, gdy alkohol bardziej uderzył mu do głowy (a w sumie było to raptem jedno piwo, które dla większości Polaków byłoby bezalkoholowe), zaczął śpiewać falsetem.
Uśmiałam się bardzo, wieczór był bardzo przyjemny, wyśpiewałam się za wszystkie czasy.

22. dzień, 22.09.16. – zajęcia z zaparzania herbaty i siłowniaaaaaa!!!!

23. dzień, 23.09.16 – Dziś ostatni dzień zajęć z zaparzania herbaty…
Pierwsza część ćwiczeń wyglądała jak zawsze: krótki wykład, zaparzanie nowo poznanej herbaty – dziś oolong tea (okropnie gorzka, śmierdziała, jak wszyscy stwierdzili – kupą krowy…).
Chwilę po 11:00 zakończyliśmy parzenie herbaty i udaliśmy się na lunch. Kolejne zajęcia zaczęły się o 15:00. W Sali zastaliśmy elegancko nakryty stół z dużą ilością owoców i chińskich ciasteczek do herbaty oraz niezbędne do zaparzania zastawy herbaciane.
Dzisiaj każdy miał szansę przeprowadzić swój własny rytuał zaparzania herbaty.

24. dzień, 24.09.16 – Pobudka o 8 rano. Nie mogłam spać… Troszkę się stresowałam pierwsza lekcją z Chińczykami. Zajęcia były na 14:30. Żeby tak na spokojnie dojechać na miejsce, musiałam wyjechać około godziny 12:00. Tak też zrobiłam. Kochana Ola miała zajęcia wcześniej, o 9:00. Wysłała mi zdjęcia i narysowaną przez siebie mapę jak dojść do szkoły! Dzięki niej nie pogubiłam się w tym gąszczu trzydziestopiętrowych wieżowców.
Bez problemów dotarłam na zajęcia. Szkoła była na piątym piętrze. Wcześniej kupiłam sobie coś zimnego do picia, bo temperatura odczuwalna dzisiaj to 42 stopnie.
Generalnie na miejscu byłam o godzinę za wcześnie. Około 14:30 zjawił się na klatce schodowej właściciel wraz ze swoim 7- letnim synkiem. Przywitaliśmy się i zaprosił mnie do środka. Szkoła malutka, ale bardzo przyjemna wizualnie. Kilka małych klas, toaleta i biuro właściciela. Było wyjątkowo czysto jak na chińskie warunki.
Usiadłam na czarnej, wygodnej sofie i czekałam na uczniów. Dyrektor – właściciel – laoba (po chińsku), nie mówił za dobrze po angielsku, korzystał z pomocy translatora. Przekazał mi, że uczniowie zapewne się spóźnią…
Czekaliśmy do 14:50. W końcu przyszli xiueshang (uczniowie po chińsku). Dwójka. Dziewczyna i chłopak. Oboje po osiemnaście lat. Bardzo sympatyczni i uśmiechnięci, jak wszyscy Chińczycy (jak by to Kamila skwitowała: „Szczerzą kły nie wiadomo po co i dlaczego!”).
Przedstawiłam się, porozmawialiśmy chwilkę i w końcu mogłam poprowadzić zajęcia. Pozwolono mi wybrać nawet salę!
Zajęcia trwały nieco ponad godzinę. Były bardzo przyjemne. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Okazuje się, że właściciel szkoły tak naprawdę z zawodu jest nauczycielem w-fu. I bardzo lubi grać w tenisa… Zaproponował mi lekcję gry! Ja długo się nie zastanawiając, zgodziłam się. Powiedział, że ja go będę uczyła angielskiego, a on mnie tenisa. Chyba dobry układ co?
Umówiliśmy się na niedzielę rano.
Wieczorem po powrocie z zajęć zjadłam szybki obiad i poszłyśmy z Kamilą i Ola na siłownię.
Dzisiejszy trening: cardio na rowerach i ABS z obciążeniem. Była siła!

25. dzień, 25.09.16 – Tenis z panem właścicielem szkoły językowej i wieczorny pokaz fontanny na East Mexi Lake.
Wstałam o 6:45. Ledwo, ale dałam radę. Umyłam głowę, ogarnęłam się i wyszłam domu przed 8:00. Najpierw jechałam autobusem, na East Renmin Road, potem przesiadłam się na metro linii 2 i dojechałam na finałową stację – West Mexi Lake. Tam czekałam jeszcze dobre 40 minut na Pana od angielskiego. Jak zwykle nie da się dogadać z Chińczykiem co do godziny spotkania… Zawsze się spóźniają, bądź nie przychodzą w ogóle.
W końcu podjechał i pojechaliśmy do szkoły gdzie uczy w-fu. Był jeszcze z nami jego mały synek (7 lat). A propos synka, to mówił po angielsku lepiej jak jego Tata.
Pan tenisista – amator był bardzo uprzejmy – kupił mi butelkę zimnej wody. Przydała się, bo dzisiaj było 42 stopnie. Istne, chińskie piekło.
Korty bardzo zadbane, na wysokim poziomie. Były ulokowane obok innych boisk m.in. do koszykówki, baseball, siatkówki itd. Dostałam swoją rakietę marki Babolat <3 i zaczęliśmy grę. Powiem tak… Nie myślałam, że mi tak dobrze będzie szło. Oczywiście, wiele piłek psułam, ale zdarzyły się tez bardzo udane uderzenia. Słońce paliło mnie w plecy, odczułam to zwłaszcza wieczorem. Graliśmy ponad godzinę. Potem, na korty przyjechała żona nauczyciela (chyba w 8. miesiącu ciąży). Twierdziła, że chce ze mną zagrać za tydzień… Nie wiem jak ona to chce robić będąc w zaawansowanej ciąży, ale to jej sprawa. Po meczu, oczywiście chińska rodzinka ciągnęła mnie na wspólny lunch, ale musiałam niestety odmówić. Byłam tak ciężko spocona i zmęczona, że musiałam wrócić do akademika się wykąpać. Poza tym jechaliśmy wszyscy z naszego mieszkania dzisiaj na pokaz fontanny.
O godzinie 14:00 wyruszyliśmy na East Mexi Lake, aby zobaczyć jezioro i pokaz. Pogoda była okropna. Upał nie dawał spokoju. Prawie zrezygnowaliśmy…
Pojechali z nami nasi chińscy znajomi. Na miejscu, po wyjściu ze stacji metra, wypożyczyliśmy sobie rowery. Dostępne były nawet czteroosobowe!
Na rowerach objechaliśmy prawie całe jezioro. Wieczorem wróciliśmy do wypożyczalni i udaliśmy się na piękny pokaz multimedialny fontanny.
Pokaz był magiczny. Oglądanie go ze swoim chłopakiem byłoby idealna randką…







26. dzień, 26.09.16 – Dzień wolny.

27. dzień, 27.09.16 – Pierwsze zajęcia z tradycyjnych chińskich aranżacji kwiatów. Ćwiczenia rozpoczęły o godzinie 9:00 i trwały do godziny 12:00. Prowadzone były przez bardzo sympatycznego i zabawnego profesora, który najpierw pokazał nam na czym polega chińska aranżacja kwiatów, tworząc swój bukiet. Najpierw narysował techniczny widok aranżacji i rzut z góry, tak abyśmy mogli to sobie łatwo wyobrazić.  Każda aranżacja składa się z czterech najważniejszych elementów:
- soldier (żołnierz),
- king (król),
- vice king (następca),
- minister (ministrowie).
W/w elementy mogą być układane w różnych konfiguracjach. Najważniejsze jest to, aby zawsze tworzyły trójkąt, pozostałe elementy tworzą koło w kompozycji.
Podstawą aranżacji jest ceramiczna misa, wazon, donica lub pleciony kosz.
My mieliśmy na zajęciach ceramiczne misy.
Aranżacja kwiatów w stylu chińskim krok po kroku:
1. Do misy wlewamy zimną wodę, tak aby woda przykryła specjalny metalowy uchwyt do kwiatów w postaci krążka z kolcami.
2. Dobieramy kwiaty i liście. Na zajęciach żołnierzem były liście mieczyka, bądź liliowca. Królem i następcą były żółte kalie, natomiast ministrami były eustomy (róże chińskie) oraz dziurawiec.
3. Jako pierwszy element wiązanki bierzemy żołnierza, czyli liście mieczyka. Przycinamy je na długość średnicy misy + głębokość misy. I nabijamy na kolce pod odpowiednim kątem (zależy od rodzaju kompozycji).
4. Bierzemy cieńsze liście liliowca, przycinamy w ten sam sposób, końcówki owijamy razem taśmą z bibuły, nabijamy na kolce po lewej stronie również pod odpowiednim kątem.
5. Bierzemy do ręki króla – większy kwiat kalii. Nabijamy na kolce.
6. Następcę – mniejszy i krótszy kwiat kalii. Nabijamy.
7. Czas na ministrów – bierzemy do ręki eustomy i dziurawca napijamy na kolce.
Generalnie nasz stosunek do tych zajęć jest dosyć lekceważący… Delikatnie mówiąc. Ogólnie super, że mamy taka okazję. Wszędzie świeże, piękne kwiaty. Róże, lilie, goździki, liście palmy bananowej i daktylowej, grzybienie białe w pięknej odmianie… Co z tego, jak Pan  lăoshī  (nauczyciel po chińsku), jest chyba niewidomy, bo zestawienie fioletu z żółcią jest karygodne, jeśli mówimy o podstawach kompozycji w Polsce… No właśnie, w Polsce. Chiny to Chiny. Kicz. Wszędzie czerwono-żółte lampiony, sztuczne kwiaty, brokatowe zasłony, sztuczne brylanty w poduszkach, sofach i na fotelach… Generalnie samo założenie i sposób układania kwiatów jest dobry, tylko gorzej z doborem kolorystycznym.
Druga sprawa. Nie można na tych zajęciach improwizować… To znaczy, że jak chciałam użyć innego liścia w miejsce żołnierza to Laoshi, prawie zszedł na zawał. Szybko wyciągnął mi nieszczęsnego liścia z ręki i włożył odpowiedni.
Na każdych zajęciach wykonujemy dwa rodzaje kompozycji. Pod koniec ćwiczeń wszyscy zrobiliśmy sobie zdjęcie na pamiątkę kwiatowych zmagań.
Około godziny 17:00 poszłyśmy z Kamilą i Olą na siłkę robić tyłek i bicki.
28. dzień, 28.09.16 – Drugi dzień zajęć z kompozycji kwiatowych. Dzisiaj dobór kolorystyczny kwiatów i ich formy był znacznie przyjemniejszy dla oka…
Około 18:00 poszłyśmy z Kamilą na siłownie (Ola nie mogła bo poszła do pracy).


tekst: Alicia Galczynski
zdjęcia: Kamila Pawłowska