1. Tanie sushi. To chyba rzecz, która ucieszyła nas wszystkich . Ceny sushi rozpoczynają się już od 7 juanów (około 4 złote), za 8 kawałków (długość 1 nori). Oczywiście nie jest ono wtedy nazbyt wykwintne. Możesz trafić na sushi z samym bananem lub paluszkami krabowymi. Za 12 juanów dostaniemy już natomiast tuńczyka, czy ośmiornicę, za 15 łososia. Najdroższy zestaw sushi kosztuje 20 juanów. Mówimy tu oczywiście o „restauracjach” na kampusie.
2. Przerwa obiadowa. 2h wolnego pomiędzy zajęciami. W Polsce często denerwujemy się, gdy trafiają nam się tego typu okienka. Teraz nauczyliśmy się doceniać ten czas. U nas w Changshy trwa ona od godz. 12:00 do 14:00, w całych Chinach mogą wystąpić co do tego drobne wahania. Jest to czas, który zawsze wykorzystujemy na jedzenie, czasem krótką drzemkę. Kampusowe knajpki przeżywają oblężenie, jest ich jednak na tyle dużo, a samo jedzenie przygotowuje się na tyle szybko, że cały proces przebiega bardzo sprawnie. Ogólnie siedząc jeszcze na porannych zajęciach nie możemy doczekać się 12:00. Zdążyliśmy już przyzwyczaić nasz organizm do, jak na polskie realia, tak wczesnego obiadu. Przerwa obiadowa obowiązuje nie tylko studentów, ale i ludzi pracujących we wszelakich instytucjach państwowych, czasem również prywatnych przedsiębiorstwach.
3. Wszyscy są dla ciebie mili. Czy na uczelni, czy w sklepie. Nawet od osób niemówiących po angielsku wyczuwasz w swoim kierunku sporą dozę sympatii. Uwielbiam, gdy Pani w warzywniaku próbuje mi pokazać na migi, że może mi „oporządzić” ananasa. Albo , gdy podchodzisz do kogoś w hipermarkecie, pokazujesz mu na translatorze czego szukasz i od razu znajduje się wianuszek osób, które chętnie to dla ciebie znajdą. Albo, gdy musisz znaleźć jakąś książkę w bibliotece i ktoś potrafi spędzić w niej pół dnia, żeby pomóc ci to osiągnąć. Już nie mówię o naszych chińskich znajomych, którzy „sympatyzują” z naszym kierunkiem, tym samym z ludźmi z Polski. Są oni naprawdę pomocni.
4. Jazda na 4 osobowym rowerze, 8 pasmową ulicą, z prądem ,czy pod prąd, a to wszystko zgodnie z prawem. Jedno z najbardziej abstrakcyjnych doznań w moim życiu. Tak niewiele, a cieszy.
5. Współczesne realizacje zagospodarowania przestrzeni publicznej. Tutaj przed oczyma mam obrazki z sobotniej wycieczki nad Meixi Lake. Jako obywatel planety Ziemia przyznaję temu miejscu wielkiego „+”. Jako architekt krajobrazu też. Przestrzeń biurowa, jezioro, wyważona zieleń w postaci traw. Atrakcje dla dzieci, miejsce na kulturę i sztukę, plaża, punkty widokowe, ciekawe formy architektoniczne. Mnogość drewna, szkła, zieleni i wody w jednym miejscu.
6. Owoce. Takie, których w Polsce nie ma lub są bardzo drogie. Tutaj dużo tańsze, a przede wszystkim zawsze pyszne. Osobiście stałam się fanką ananasów i mango.
7. Herbata. 874818942 rodzajów liści dobrych na wszystko. Co prawda dzielimy je na lepsze i gorsze smakowo (najgorsze są te śmierdzące rybą), zawsze jednak znajdziesz coś dla siebie. I nie wierz zielonej herbacie kupionej w Polsce, to nie jest prawdziwa zielona herbata.
8. Losowanie jedzenia. To dopiero jest zabawa. Idziesz do restauracji, dostajesz menu, a tam krzaczki. Chcąc coś zjeść po prostu strzelasz. Możesz oczywiście posługiwać się translatorem, ale komu by się chciało rezygnować z zabawy w strzelanie i tracić pół dnia na rozszyfrowywanie tego, co translator próbował przetłumaczyć? Dzięki temu można dopiero poznać smaki Chin. Dobra rada: nie wybieraj zbyt drogich pozycji. Najczęściej są to rzeczy, których Europejczyk nie przełknie- będzie to niezgodne z jego kubkami smakowymi, tudzież sumieniem. Najdroższym mięsem według naszych znajomych jest pies, więc jeśli ostatnie pozycje w menu osiągają dużą cenę, wiedz, że niekoniecznie chcesz to zamówić.
9. Wszyscy doceniają twój angielski. Nie masz żadnych oporów psychicznych co do mówienia. Nie ważne na jakim poziomie jesteś i tak jesteś w lepszej sytuacji niż większość chińskiego narodu. Chińczycy często myślą, że jesteś native speakerem. O języku polskim mało kto słyszał. Tym samo łatwo dostać pracę jako nauczyciel angielskiego. A jeśli wyglądasz na obcokrajowca i mówisz po angielsku (obojętnie na jakim poziomie) to jesteś brany zazwyczaj za Amerykanina albo Anglika.
10. Woda dostarczana w baniakach na telefon. Każdy w akademiku ma dystrybutor. Wystarczy wysłać smsa, a chiński pan dostawca wniesie Ci zamówioną liczbę baniaków do twojej kuchni.
11. Klimatyzacja w pokojach dla zagranicznych studentów. Bez niej przy panujących temperaturach przeżycie byłoby dużo trudniejsze. Chińczycy w swoich akademikach jej nie mają. W ogóle standard mieszkaniowy mamy dużo wyższy, niż przeciętny chiński student. Kolejna rzecz świadcząca o tym jak bardzo nas doceniają.
12. Taobao. Takie AliExpress, tylko że działające wyłącznie na terenie Chin. Miejsce w Internecie gdzie kupisz wszystko i to wszystko dostarczą Ci w ciągu kilku dni. Na kampusie jest wiele punktów odbioru paczek, Chińczycy większość zakupów dokonują właśnie tą drogą. Nigdy jednak nie masz pewności na co trafisz, musisz dokładnie sprawdzić zdjęcia wystawionych produktów itd. Ale to już magia zakupów internetowych. No i oczywiście cała strona też jest w krzaczkach, dlatego „na zakupy” najprościej jest zaprosić swojego chińskiego przyjaciela, który je rozszyfruje i upewni cię, że zamawiasz to co chciałeś. Najczęściej też zapłaci ze swojego chińskiego konta, a ty oddasz mu gotówkę.
13. Pokazy fontann z gustem, na bardzo wysokim poziomie. Wrocławska Hala Stulecia ma się do tego nijak. Tutaj naprawdę wszystko zgrane jest z muzyką, a przejścia kolorystyczne- imponujące.
14. Fajerwerki co sobotę. Osobiście nie jestem wielką fanką fajerwerków w ogóle, ale doceniam tego typu eventy, gromadzące członków danej społeczności w jednym miejscu.30 minutowy pokaz. Przychodzą młodsi, młodzi, średni, starsi i ci najstarsi. Tłum straszny, ale jedność ludzi wyczuwalna w powietrzu też ogromna.
15. Nawet jak wyglądasz strasznie to i tak Chińczycy twierdzą na odwrót. Komplementują zwłaszcza oczy, a to, przez wachlarz rzęs, dla nas normalka, każdy je posiada, jednak chińskie kobiety rzęs nie posiadają, a jeśli już są one bardzo krótkie i proste. Dlatego dla nich nasze oczy są niesamowite. Kolejnym aspektem są barwy tęczówek, każdy z nas ma inny kolor, dodatkowe plamki, kropki, natomiast oni mają oczy po prostu ciemne.
16. Wechat. Aplikacja umożliwiająca komunikację. Ma ją każdy. W przeciwieństwie do europejskich komunikatorów działa sprawnie, możesz w łatwy sposób wyszukać kogo potrzebujesz, sprawnie przesyłać zdjęcia itd. Jeżeli posiadasz chińskie konto bankowe, możesz nawet płacić Wechatem.
17. Metro. Co prawda tylko 2 linie (planują otworzyć jeszcze 4), ale i tak doceniamy to, jak bardzo usprawnia komunikację po mieście.
18. Karaoke. Wyjście na karaoke ze znajomymi wygląda całkiem inaczej niż w Polsce. Tutaj jest intymnie. W „knajpie karaoke” z wieloma pokojami, wynajmujesz własny pokój z profesjonalnym sprzętem. Sami wybieracie piosenki, każdy kto chce śpiewać dostaje mikrofon. Co ciekawe każdy Chińczyk lubi śpiewać. Mało który umie, ale każdy chętnie to robi.
19. Bidoniki. Mnóstwo kolorowych i słodkich zbiorniczków na płyny. Ceny są zróżnicowane w zależności od sklepu. Tak, czy siak w Empiku nawet najdroższy chiński bidonik kosztowałby 3 razy więcej i to po przecenie.
20. Tanie artykuły papiernicze. Witamy w raju. Karteczki, zeszyciki, długopisiki i tak uwielbione przez nas podrabiane chińskie promarkery. Oryginalny promarker w Polsce – 11 złotych. Chiński promarker, który nie odbiega oryginalnym standardom od 3 do 4 juanów= 2 złote. Już wiem jakie pamiątki z Chin sobie przywiozę. I to będą jak najbardziej usprawiedliwione zakupy, wszystko przydatne do projektowania.
Tekst: Aleksandra Słota
Zdjęcia: Kamila Pawłowska













Świetny blog, bardzo fajnie się Was czyta. :) Po ostatnim poście stwierdziłam - nie chciałabym jechać do Chin. Po przeczytaniu tego myślę - ale byłoby super pojechać kiedyś do Chin. To chyba przez to tanie sushi. Albo bidoniki. :D
OdpowiedzUsuń