1. dzień,
31.08.16. – Lot samolotem do Amsterdamu, przesiadka w samolot do Szanghaju,
następnie przesiadka do Changshy.
2. dzień,
1.09.16. – Wstaliśmy wszyscy około godziny 6:30, następnie wraz z naszymi
chińskimi kolegami oraz opiekunem Micheal’em udaliśmy się do pobliskiego
międzynarodowego szpitala w Changshy. W szpitalu pustki. W poczekalni
zastaliśmy garstkę Chińczyków oczekujących na swoją kolej. Daisy –
zaprzyjaźniona Chinka, pobrała nam bilety z numerami, które w kolejności miały
być wyczytane przez megafon. Czekając na swoją kolej byliśmy obserwowani
bacznym okiem przez cudzoziemców, którzy nie oszczędzali na robieniu nam zdjęć,
a robili to z wielkim zadowoleniem i zapałem. Będąc w Chinach musimy się
przyzwyczaić do tego, że nasza obecność tu jest dużym wydarzeniem dla
okolicznych mieszkańców. Europejskie twarze są nadal tu rzadkością i ciągle
wywołują zdziwienie i wzbudzają ciekawość. Dla małych dzieci jest to szczególna
atrakcja, dlatego też lubią nas zaczepiać krzycząc: „Hello, hello!”
Wybija 9
rano więc rejestracja pacjentów zostaje rozpoczęta. Michael prosi nas o
wszystkie dokumenty: paszport, kartę od lekarza, badania na kiłę, wirusa HIV,
prześwietlenie klatki piersiowej, książeczkę niezbędnych szczepień. Następnie
wszystkie dokumenty zostają zweryfikowane przez doktora, który nagle stwierdza,
że wszystkim nam brakuje USG brzucha… Musimy za nie zapłacić 160 juanów,
następnie udajemy się na badanie.
Kolejka
szybko się powiększa, ale to nam nie przeszkadza gdyż w szpitalu jest chłodno
bo wszędzie działa klimatyzacja. Nagle przychodzi Chinka koło 50-tki i wciska
się w kolejkę jako pierwsza. My z oburzeniem próbujemy jej przetłumaczyć, że tu
obowiązuje kolejność, a na to ona zaczyna się głośno śmiać, udając że nic nie
rozumie. Na pomoc przychodzi Daisy, która tłumaczy kobiecie, że ma przejść na
koniec kolejki, a ta po chwili to robi.
Po
zakończeniu badań wróciliśmy na campus. Razem z dziewczynami byłyśmy niewyspane
jeszcze po podróży dlatego też, stwierdziłyśmy że się zdrzemniemy.
Obiad
zjedliśmy na miejscowej stołówce, uprzednio doładowując kartę, żeby płacić
rachunki za elektryczność. Stołówka, jak stołówka. Mnóstwo ludzi, hałas,
ciekawskie spojrzenia w kierunku grupy polskich studentów. Zapach gotowanych, a
raczej smażonych potraw roznosił się po całym pomieszczeniu (jedyne miejsce,
gdzie nie śmierdzi fekaliami). Jedzenie było dobre, ale nie tak dobre jak się spodziewaliśmy.
Później
pojechaliśmy do miasta do supermarketu kupić sobie coś do jedzenia na
śniadanie. Sklep ogromny, rzeczy tysiące, szkoda że większości nie mamy pojęcia
czym jest. Najwięcej jest słonych i ostrych przekąsek, w postaci suszonego
mięsa i podrobów w plastikowych torebkach zamykanych próżniowo. Dużo jest też
słodyczy różnego rodzaju: żelki, musy, puddingi, cukierki, batoniki, wafelki,
pianki i inne. Większość z tych rzeczy jest na wagę, pakowane pojedynczo w
plastikowe paczuszki. Słodycze w Changshy mają do siebie, że albo są bardzo
słodkie albo bardzo słone i doprawione nieznanymi dla nas przyprawami. Na
przykład weźmy na to suszone owoce (śliwki), są niby zwykłymi suszonymi
owocami, ale złamane są w smaku jakąś słoną przyprawą i nie nadają się do
jedzenia, a zwłaszcza do porannej owsianki.
Chiny to
stolica świata, jeśli mowa o podróbkach. Od markowych butów, bo ubrania,
elektronikę i tak dalej. Chińczycy mają słabość do etykietek. Uwielbiają Apple
(elektronika), Adidasa, Nike, Pumę (obuwie, ciuchy), marki gastronomiczne takie
jak Starbucks, Costa Coffee. Loga gastronomiczne umieszczają na bluzkach,
kurtkach, bidonach do picia, butach… Trochę szaleństwo, ale to w końcu Chiny.
Dzień
zakończyliśmy jedząc kolację na pobliskiej ulicy. Znajduje się tam całe mnóstwo
barów z jedzeniem typowo chińskim: makarony, dania mięsne z wołowiny,
wieprzowiny, kurczaka, psa…? Wszyscy polecamy słynne bauzi, czyli takie pyzy
czy knedle z nadzieniem z mięsa, grzybów, szczypiorku, marmolady. Można znaleźć
tam również pierogi podobne z wyglądu do polskich pierogów jakie robią nasze
mamy i babcie.
Ze względu
na gorące, duszne dni pijemy dużo wody i soków. Czasami to nie wystarcza i
wtedy warto sięgnąć po lody tajskie lub smoothie z mango lub arbuza.
3. dzień.
2.09.16.
4. dzień,
4.09.16. - Pobudka o 9 rano, na
śniadanko zjadłam owoce: winogrona i chińską, soczystą gruszkę. Około 10:30
spotykaliśmy się z naszym nowym kolegą Asumiku, który miał nas zabrać do
katolickiego kościoła. Pojechaliśmy w 5 osób taxi i dotarliśmy na miejsce około
11:20. Na mszę oczywiście się spóźniliśmy. W kościele zastaliśmy całą grupę
Afrykańczyków oraz parę Chińczyków. Obecność cudzoziemców z Afryki w katolickim
kościele w Changshy było dla nas nie lada zaskoczeniem. Do ławki zaprosiła nas
słodka Afrykanka machając życzliwie dłońmi w kierunku wnętrza kościoła. Msza
prowadzona była po angielsku i tłumaczona była na francuski (Afrykańczycy
musieli pochodzić z terenów byłej kolonii francuskiej). Cała uroczystość bardzo
nam się spodobała. Na koniec, jako nowe twarze w kościele, zostaliśmy
poproszeni i krótkie przedstawienie siebie, skąd jesteśmy i jak mamy na imię.
Po wszystkim zaczęto nam bić brawa.
Po mszy
Asumiku zaproponował, że możemy iść gdzieś coś przekąsić. Mieliśmy wielką
ochotę na makaron, dlatego też znaleźliśmy taką małą knajpkę gdzie właśnie
podają makaron ryżowy i chiński na różne sposoby: gotowany, smażony, z mięsem z
kurczaka, wieprzowiny, wołowiny, z warzywami, tofu… Zamówiliśmy zupę z
makaronem chińskim, wieprzowiną i grzybami. Danie było ogromne, nie daliśmy
rady zjeść całego. Ale wspaniale smakowało. A ja spragniona ostrości doprawiłam
sobie zupę sosem z papryki chilli. Była jeszcze lepsza.
Po powrocie
z miasta zaczęliśmy krążyć po kampusie w poszukiwaniu siłowni. Znaleźliśmy dwie,
jedną tańszą przy boisku, drugą droższą obok marketu. Teraz ze względu na
wydatki nie będzie nas stać na tę droższą dlatego też zapiszemy się na tę przy
boisku, która jest nawet bliżej akademika.
Później
wybraliśmy się już większą grupą na targ. Kupiłam sobie parę plastikowych
koszyków na przechowywanie leków i kosmetyków oraz przybory do rysowania.
Wieczorem
około godziny 19:00 wybrałam się na krótki spacer ze szkicownikiem. Usiadłam na
krawężniku i narysowałam to co widzę przed sobą – czyli brudne podwórko
chińskiego kampusu. Zdałam sobie sprawę, że na rysunkach wszystko wydaje się
ładniejsze…
Przed
godziną 20:00 dostaję wiadomość od Pauliny, że jakiś Chińczyk chce nas zaprosić
na kolację. Ja oczywiście wyrażam chęć. Nie byłam jakoś specjalnie zmęczona i
miałam ochotę jeszcze pochodzić po mieście.
Kolację
zjedliśmy w miejscu do którego jeszcze się nie zapuszczaliśmy. Ale posiłek był
niesamowicie dobry i co ważne pikantny.
5. dzień,
5.09.16 – Dziś musieliśmy wstać bardzo wcześnie. Pobudka o 6:30. Szybkie mycie
włosów, make up. Na śniadanie chińskie jabłko i szklanka wody. Zbiórka o 7:30
przy bramie do akademika. Michel zabrał nas busem do siedziby policji w
Changshy, aby dokonać niezbędnych formalności odnośnie rocznego pobytu w
Chinach. Potrzebne nam były paszporty i dwa zdjęcia paszportowe. Jechaliśmy
bardzo długo, bo ponad 30 min. Po drodze mogliśmy podziwiać widoki tego
wielkiego miasta. Mnóstwo blokowisk z budynkami po trzydzieści pięter i
większych. Pomimo tego, że Changsha jest bardzo dużym, betonowym miastem w
porównaniu do polskich miast, to i tak znaleźć w nim można wiele terenów
zielonych. Praktycznie każda ulica obsadzona jest roślinnością. Najczęściej
można tu spotkać drzewa cynamonowe, bardzo popularne w prowincji Hunan, krzewy
granatu, piękne paulownie o fioletowych kwiatach i ogromnych liściach, palmy
oraz przede wszystkim bambus.
Gdy
dotarliśmy na miejsce, okazało się, że siedziba policji jest jeszcze zamknięta dla
petentów. Musieliśmy poczekać do godziny 9:00.
Wszystkie
formalności udało nam się załatwić bardzo szybko, musieliśmy za tę przyjemność
zapłacić 800 juanów.
Po wszystkim
wróciliśmy do kampusu. Udaliśmy się do supermarketu i do banku wypłacić
pieniądze. W sklepie zrobiliśmy kolejne niezbędne do mieszkania zakupy: płyn do
szyb, garnek, patelnia, coś do jedzenia. Po zakupach wróciliśmy do akademika,
aby położyć się jeszcze na chwilę przed naszymi pierwszymi zajęciami z
chińskiego.
Zajęcia
zaczęły się o godzinie 14:30 i trwały do około godziny 18:00. Nauczycielka
chińskiego okazała się bardzo serdeczna i pomocna. W trakcie zajęć opowiadała
nam co musimy spróbować do jedzenia na pobliskim targu. Pytała się co już
jedliśmy i jak się dowiedziała, że jedliśmy makaron na obiad chwyciła się za
głowę i wykrzyknęła, że makarony je się na śniadanie!
Pierwsza
lekcja była bardzo przyjemna. Przypomnieliśmy sobie wcześniej już nauczone
słowa i zwroty. Przy tym śmialiśmy się do rozpuku, gdyż nie wymawialiśmy tych
słów w odpowiedni sposób i brzmieliśmy bardzo zabawnie.
Po zajęciach
nauczycielka zaproponowała nam, że pokaże nam, w którym miejscu możemy zjeść
najlepsze baozi. Przy okazji oprowadziła nas jeszcze po innych knajpkach.
Zjadłam miseczkę pokrojonego arbuza i smoczego owocu. Dostaliśmy tez propozycję
zjedzenia śniadania z nowo poznaną nauczycielką. I jesteśmy umówieni z nią na
jutro na godzinę 10:00. Zabiera nas na pyszny, śniadaniowy makaron.
Wieczorem
zabrałam się za upiększanie pokoju. Wzięłam do reki ołówek i zaczęłam szkicować
chińską grafikę na ścianie w postaci dwóch papużek, kwiatów i chmur wokół.
Następnie Ola i Kama zaproponowały wspólne ćwiczenia w salonie. Odpaliłyśmy
laptopa i filmik z wirtualną panią trener i zaczęłyśmy workout.
Po
przyjemnych, ale męczących ćwiczeniach, usiedliśmy całą jedenastką do wspólnego
stołu, aby pograć w UNO. Śmiechu było co nie miara. Piliśmy chińskie piwo,
zagryzając tradycyjnymi przekąskami i słodyczami, owocami. Wieczór był bardzo
udany.
6. dzień, 6.09.16
– Pobudka o 9 rano. Z akademika wyszliśmy 9:45, bo byliśmy umówieni z naszą
nauczycielka chińskiego na wspólne śniadanie na mieście. Wszystko byłoby dobrze
gdyby nie to, że poszliśmy w złą uliczkę… Błądziliśmy 30 minut zanim
znaleźliśmy Guo Shan Shan stojącą pod drzewem wyrastającym z asfaltu na środku
drogi.
Chinka
zabrała nas w miejsce gdzie sprzedają najlepszy makaron na śniadanie (bo
makarony w Changshy jada się na śniadanie). Danie było pyszne. Dosyć delikatne
dlatego dołożyłam sobie łyżeczkę chilli i czosnku. Znów nie zjedliśmy
wszystkiego, gdyż porcje dań w Chinach są ogromne.
Po
zjedzeniu, nauczycielka zabrała nas w miejsce, gdzie można kupić świeże mięso
wieprzowe. Na miejscu doznaliśmy szoku, gdyż kawałki świńskiego korpusu były
powieszone na łańcuchach zakończonych hakami. Najbardziej obrzydliwy był łeb
świni, którego obsiadły muchy… Chinka twierdziła, że w Changshy nie ma innych
sklepów mięsnych… Stwierdziliśmy, że raczej nie będziemy kupować mięsa w
Chinach.
Później Shan
Shan pokazała nam, gdzie jest tani targ z owocami, na którym z własnej głupoty
przepłaciłam za kiść winogron… Na targu trzeba się targować i w żadnym wypadku
nie można zachwalać produktów sprzedawcy, bo podnoszą cenę.
Gdy wróciłam
do mieszkania, dalej malowałam na ścianie swoją grafikę. Potem na 14:30
mieliśmy zajęcia z języka chińskiego. Później poszliśmy na targ.
Wieczorem
znajomi z Polski zaprosili nas na małą integrację przed akademik. Poznaliśmy
wielu nowych ludzi: Chińczyków, Mongołów i Czeszkę. Było bardzo zabawnie
zwłaszcza, gdy graliśmy we flanki. Co się szkła natłukło… Narobiliśmy wielkiego
hałasu, aż studenci z akademików zaczęli w nas rzucać zapalniczkami z balkonów…
7. dzień,
7.09.16 – Dzień zaczęliśmy od zajęć z języka chińskiego. Wszyscy byliśmy jacyś
zaspani… Kompletnie nie mogliśmy rozszyfrować tak zwanych „krzaczków
chińskich”, które w obfitych ilościach Shan Shan wypisywała na tablicy… Teraz
zajęcia są trudniejsze, gdyż nie używamy w ogóle pisma Pinyin! Chiński stał się
jeszcze trudniejszy, niż przedtem.
Po zajęciach
skoczyłam z Kamilą, Gosią i Pau na pyszny makaron. Zjadłyśmy go ze smakiem.
Następnie
wróciliśmy do akademika. Ze względu na zmianę czasu, jesteśmy tu w ciągu dnia
często zmęczeni, zwłaszcza gdy jest tak gorąco. Kiedy większość spała, ja udałam
się na dwór po szkicować jakieś rośliny (obiecałam sobie – przynajmniej 1
rysunek codziennie).
O godzinie
16:30 mieliśmy kolejne zajęcia z chińskiego. Sytuacja się nie poprawiła… dalej
zasypialiśmy na lekcji… Dlatego Guo Shan Shan stwierdziła, że zwolni nas
wcześniej.
Wieczorem,
zrobiliśmy pracę domową z chińskiego, a potem ćwiczyłyśmy cross fit domowy w
kuchni z Olą. Trening był mocny. A jaka satysfakcja…
8. dzień,
8.09.16 – Pobudka o 7:00. Zajęcia z chińskiego. Dzień ogólnie zapowiadał się
bardzo przyjemnie: słońce świeciło, powietrze wydawało się czystsze (mniejszy
smog niż wczoraj)… Lecz gdy poszliśmy do banku wypłacić pieniądze na czynsz za
akademik na cały rok, nagle poczułam się słabo i myślałam, że zaraz upadnę na
chodnik. Nic nie pomagało, ani zimna woda do picia ani trochę melona na
podwyższenie cukru… Dlatego wróciłam z Olą do akademika i położyłam się spać.
Popołudniu
około godziny 15 musieliśmy stawić się w gmachu naszego Wydziału. Mieliśmy tam
spotkanie organizacyjne. Spotkaliśmy się z naszymi promotorami ze strony
chińskiej. Okazało się, że nagle zmieniono mi promotora i nie będzie nią
kobieta, którą spotkałam około pół roku temu (wtedy kiedy władze uczelni z
Changshy przyjechały do naszej uczelni też na spotkanie organizacyjne). Moim
promotorem jest niziutki mężczyzna o imieniu….. Kompletnie nie umie mówić po
angielsku… Dobrze, że był obok Wei (chiński student, ten który odebrał nas
między innymi z lotniska) i przetłumaczył całą wypowiedź mojego promotora na
angielski…
Po spotkaniu
udaliśmy się wraz z Angeliką i Piotrkiem do centrum miasta, tak sobie
pochodzić. Dojechaliśmy wyjątkowo pustym autobusem, w którym – tu niespodzianka
– było chłodno. Później metro z jedną przesiadką i jesteśmy na Wuyi Square.
Ludzi oczywiście całe tłumy. Porobiłam dzisiaj więcej zdjęć z czego się bardzo
cieszę. Przeszliśmy całą….. w poszukiwaniu deseru z mango i taniego sushi.
Następnie przeszliśmy się na pobliski most, z którego było widać całą panowamę
Orange Island. Widoki niesamowite, szkoda że widoczność zakłóca wszechobecny
smog… Na moście o mało co nie zabił mnie kierowca na skuterze, ale dałam radę…
Nie rozumiem tego, dlaczego po chodniku jeżdżą motocykle i skutery… Nigdzie nie
możesz czuć się bezpiecznie. Na ulicy jest jeszcze gorzej. Auta jeżdżą jak
chcą, trąbią w klaksony, hałas jest niemiłosierny.
Most był
bardzo długi, a zaczął dodatkowo zapadać zmrok. Stwierdziliśmy, że wracamy na
kampus.
Po drodze
kupiłam sobie obiado-kolację, gdyż cały dzień nic nie jadłam. Był to zasmażany
makaron z warzywami i toną tłuszczu… Ale w smaku wspaniałe i odpowiednio ostre.
W akademiku
znów poczułam się źle… Zaczęłam mieć dreszcze. Angelika dała mi termometr i
okazało się, że mam prawie 40 stopni temperatury! Dziewczyny zaraz się mną
zajęły. Dostałam mocne tabletki, wzięłam trochę swoich, zrobiłam sobie gorący
prysznic i położyłam się do łóżka pod kołdrę.
9 – 15. dzień,
9.09.16 – 14.09.16 – Złapałam okropnego wirusa! Miałam gorączkę 39,6, straszny
kaszel i katar… Nie miałam siły na pisanie…
15. dzień,
15.0.16 – Święto Księżyca - Wyprawa w góry Yuelu w Changshy. Zbiórka o 10:00 na
dworcu PKS. Autobusem 317 podjechaliśmy na stację metra. Pogoda dzisiaj była
bardzo przyjemna. Nie było tak gorąco jak zwykle, a do tego wiał chłodny wiatr.
W sam raz na górską wyprawę. Po dziesięciu przystankach metra dotarliśmy na miejsce.
Smog był dzisiaj ogromny.
Wieżowce ginęły w oparach zanieczyszczeń. Na szczęście góra była widoczna.
Udaliśmy się do kas, gdzie okazało się, że wyciąg krzesełkowy nie działa.
Zdecydowaliśmy się na pieszą wędrówkę.
Górski szlak
na górę Yuelu można porównać do szlaku na polską Gubałówkę, czy Morskie Oko.
Zamiast kamienistej ścieżki zastaliśmy tam szeroką na 6 m asfaltową drogę, po
której jeździły mini busy przewożące leniwych Chińczyków na szczyt i z
powrotem. Podczas wędrówki nie obyło się bez ciekawskich spojrzeń. Dzieci
podbiegały do nas i krzyczały: „Hello, hello!”, jedna Chinka uprzejmie się
zatrzymała i po cichutku powiedziała: „Good morning”.
Wędrowaliśmy
tak przez około 40 minut, po drodze mijaliśmy wyjątkowe okazy drzew
cynamonowych, ambrowce balsamiczne, miłorzęby chińskie, krzewy granatu oraz
wiele nieznanych nam drzew i krzewów.
Na szlaku
zawsze znajdzie się ktoś kto jest ubrany jakby szedł na przyjecie czy do klubu
tanecznego, a nie w góry. Większość Chinek biegała w szpilkach na 12
centymetrowych obcasach, w sukieneczkach ledwo zakrywających pośladki. Cóż… W
końcu są święta, a w święta przecież trzeba się jakoś pokazać…
W końcu
docieramy na szczyt, gdzie czeka na nas jeszcze większy tłum Chińczyków.
Usiedliśmy na schodach przy jakiejś małej gastronomii, aby trochę odsapnąć.
Wystarczyło kilka minut, aby zleciało się stado ludzi, chcących uwiecznić nas
na swoich telefonach. Robili zdjęcia, nagrywali filmiki, robiąc przy tym
zdumione miny. Trochę to nas już denerwuje, zwłaszcza Kamilę, która miała
ochotę wymierzyć sprawiedliwość fotografom-amatorom.
Po krótkim
odpoczynku, pod baczną obserwacją małych skośnych oczu, udaliśmy się na
zwiedzanie. Widoki były piękne. Widzieliśmy starożytne krypty, do których
prowadziły wąskie kamieniste ścieżki.
Lecz najpiękniejsze były stare świątynie
oraz zabudowa Akademii Yuelu. Akademia otoczona jest wysokim murem,
przysłoniętym gąszczem pięknych, wysokich bambusów. Po przekroczeniu bramy,
nagle znaleźliśmy się w innym świecie. Dookoła, widać było piękne budynki
typowe dla chińskiej architektury. Wszędzie rosły gęste kępy bambusa.
W drodze
powrotnej do stacji metra, stwierdziliśmy że przejdziemy się przez mały park w
pobliżu. Park okazał się bardzo malowniczym miejscem – było tam duże jezioro
pokryte w połowie gęstwiną liści lotosu. Widok był piękny.
16. dzień,
16.09.16 – Wstaliśmy wszyscy około godziny 11, więc dosyć późno. Ale to
dlatego, że dzień wcześniej byliśmy bardzo zmęczeni po wycieczce na Yuelu
Mountain. Musieliśmy to odespać. Po śniadaniu Ola zaprosiła mnie do wspólnego
treningu na mięśnie brzucha. Trening był dosyć ciężki, ale satysfakcjonujący.
Po treningu, wykąpałyśmy się i zaczęłyśmy się szykować do miasta.
Z powodu dni
świątecznych Wuyi Square (centrum Changshy), jest bardzo, ale to bardzo
zatłoczone. Wszędzie widać ludzi. Ze wszystkich stacji metra i przystanków
autobusowych wylewają się setki osób, chcących spędzić czas poza domem, kupując
przy tym mnóstwo jedzenia, a zwłaszcza czarnego śmierdzącego tofu. Chińczycy je
uwielbiają. Dla nas śmierdzi spoconym dziadkiem, bądź karmą dla psów, zepsutym
serem. W skrócie – capi strasznie.
Udałyśmy się
na Taiping Road. Tam dopiero był ruch… Odwiedziłyśmy mnóstwo mini sklepików.
Sklepy chińskie są bardzo urocze. Małe, ciasne, ledwo da się przejść między
stoiskami, z których wysypują się drobiazgi MADE IN CHINA.
Dla ochłody
kupiłyśmy sobie na dwie deser z mango… Niebo w gębie. Deser jest ogromny. Do
wielkiego plastikowego kubka pani ekspedientka wlewa pyszny mus z mango, na to
wyciska bitą śmietanę, na to kładzie mrożone wiórki z mango, a na samą górą
dokłada cztery kawałki świeżego owocu. Coś cudownego. Deser zjadłyśmy ze
smakiem na schodach jakiegoś starego chińskiego budynku w towarzystwie
fotografów amatorów.
17. dzień,
17.09.16. – Wycieczka na Orange Island. Wstaliśmy sobie na spokojnie około
godziny 10:00. Plan był taki: 14:00 wyjazd z kampusu, przesiadka z autobusu za
mostem w metro i wysiąść na ostatnim przystanku – Orange Island. Tak też
zrobiliśmy. Turystów i mieszkańców było mnóstwo. Ciężko było się dostać na
ruchome schody w podziemiach metra.
Po dotarciu
na wyspę, udaliśmy się na spacer wzdłuż brzegu rzeki Liuyang. Pogoda była
piękna, w sam raz na wycieczkę po Orange Island. Nazwa Pomarańczowa Wyspa
wzięła się od drzew pomarańczowych, których jest pełno tutaj. W większości są
to drzewa z rodzaju cytrus.
Spacerując
po wyspie zwiedziliśmy dwie świątynie. Przy tej drugiej natknęliśmy się na coś
bardzo ciekawego. Przy schodach do świątyni leżała sobie posrebrzana rama od
obrazu! Niby nic dziwnego… Ale była piękna. Stwierdziliśmy, że przydałaby się
nam w akademiku do przystrojenia kuchni. Nagle ktoś rzucił hasło, aby ją zabrać
do mieszkania… Nie mogłam w to uwierzyć, ale rzeczywiście zabraliśmy ze sobą tę
piękną ramę. Podróżowała z nami cały dzień.
Robiliśmy sobie z nią zdjęcia, było
bardzo zabawnie, chińczycy uśmiechali się serdecznie widząc nas jak się dobrze
bawimy pozując z pomnikiem Mao Zedonga w tle.
Wyspa ma
około 6 km długości i 300 m szerokości. Na koniec wyspy dostaliśmy się uroczą
ciuchcią na kółkach.
Późnym
popołudniem musieliśmy wyjść z wyspy. Udaliśmy się na posiłek.
Wieczorem
około 20 poszliśmy nad rzekę, aby oglądać pokaz fajerwerków. Miasto wyglądało
cudownie. Wszędzie kolorowe światła, drapacze chmur mieniły się od świątecznych
napisów, które były wyświetlane na ich fasadach. O 20:30 zaczął się pokaz. Był
niesamowity. Takich fajerwerków jeszcze nie widziałam. I sam pokaz trwał bardzo
długo.
Po pokazie
wróciliśmy w zatłoczonym metrze i autobusie na kampus. Zaczęliśmy oglądać II
część Ojca chrzestnego, ale byliśmy tak zmęczeni po całym dniu, że poszliśmy
spać…
18. dzień,
18.09.16. – Kościół i seans filmowy z „Ojcem chrzestnym II”. Trening na
pośladki z Kamą i Olą.
19. dzień,
19.09.16. – Zajęcia z zaparzania tradycyjnej chińskiej zielonej herbaty.
20. dzień,
20.09.16. – Zajęcia z zaparzania tradycyjnej chińskiej czarnej herbaty.
Dzisiaj
mogłam na własnej skórze spróbować zaparzyć prawdziwą chińską herbatę. Zajęcia
polegały na krótkim wykładzie na temat czarnej herbaty nazywanej w Chinach
czerwoną (generalnie zawsze się zastanawiałam dlaczego na czarną herbatę mówimy
czarna a nie czerwona, skoro napar zawsze wychodzi bardziej czerwony… Ale cóż).
Po wykładzie jedna z chińskich nauczycielek usiadła z biurkiem i rozpoczęła
rytuał parzenia czarnej herbaty. Przy pięknych dźwiękach tradycyjnej muzyki
patrzyliśmy na wdzięczne ruchy dłoni dziewczyny. Patrzyłam jak oczarowana.
Nigdy nie myślałam, że parzenie herbaty może być takie piękne. Każdy ruch jest
ważny. Wszystkie elementy zastawy porcelanowej są wyraźnie przedstawione przed
użyciem. Na koniec każdy dostaje na wypróbowanie przygotowany wywar.
Rytuał parzenia
herbaty:
·
Gotujemy
wodę w czajniku, nie doprowadzamy do wrzenia. Tepmperatura to 70 stopni.
·
Na
specjalnym drewnianym bądź ceramicznym blacie układamy porcelanowe filiżanki,
filiżankę z zakrytym wieczkiem, szklany garnuszek na wodę, miska na resztki, podstawek
na liście herbaty, przybory bambusowe do mieszania i mycia zastawy oraz mały
ręczniczek. Wszystkie te elementy należy najpierw pokazać gościom zaproszonym
na rytuał. Należy to robić z dużą gracją i wdziękiem.
·
Po
przedstawieniu wszystkich elementów można się zabrać za zaparzanie herbaty.
Wlewamy gorącą lecz nie wrzącą herbatę do szklanego dzbanuszka, aby go
przepłukać. Bierzemy go w ręce i okręcamy tak, aby woda delikatnie oblewała
szklane ścianki i wylewamy do porcelanowego naczynia w postaci dużej miski
(miska na resztki fusów, płyn z przemycia fusów itd.) Później powtarzamy
czynność i wlewamy gorącą wodę do filiżanek gości, bambusowym narzędziem
chwytamy filiżankę i obmywamy, wylewamy wodę do miski.
·
Bierzemy do
ręki podstawek z przygotowaną porcją liści herbacianych, pokazujemy gościom,
wąchamy, dajemy również innym do powąchania. Delikatnie przechylając podstawek
wsypujemy liście za pomocą bambusowego patyczka do filiżanki z przykryciem.
Zalewamy okrężnymi ruchami wodą, którą wcześniej wlewamy do szklanego garnuszka
(garnuszek obracamy, aby woda delikatnie przestygła).
·
Teraz w
zależności od herbaty czekamy od 3 do 13 lub nawet 20 sekund, aby napar był
gotowy do podania. W przypadku czarnej herbaty czekamy 13 sekund. Na drugi
szklany garnuszek nakładamy filtr, bierzemy delikatnie filiżankę z przykryciem
w jedną dłoń przytrzymując przykrycie jednym palcem tej samej ręki, i wlewamy
napar do szklanego dzbanuszka z filtrem. Przy tej czynności należy uważać, gdyż
filiżanka z herbatą bardzo szybko się nagrzewa.
·
Czas na
rozlanie naparu gościom. Uprzednio można nalać sobie do filiżanki i uczynić
ukłon w stronę gości podnosząc filiżankę dwiema dłońmi na wysokość brwi.
Kobiety w Chinach wykonują taki ukłon w stronę swojego męża. Nalewając herbatę
gościom mówimy: „Proszę, teraz możesz się napić”.
21 dzień,
21.09.16. – Wycieczka do Tea marketu.
Autobusem
jechaliśmy około 30 minut. Dziś pogoda znów przyjemna. Nie jest wcale gorąco,
wieje przyjemny chłodny wiatr.
Dochodzimy
do marketu – budynki do 3 pięter, podobne do budynków mieszkalnych. W każdym z
nich znajdują się malutkie sklepy z herbatą, zastawą, czy meblami z pięknego,
ciemnego drewna.
Odwiedziliśmy
też jeden, dosyć spory sklep. Zastaliśmy tam prawdziwy herbaciany klimat. Na
półkach - mnóstwo filiżanek, we
wszelakich kolorach, wzorach i kształtach… Coś pięknego. Moje ulubione zastawy
to te białe, porcelanowe z niebieskimi wzorami w kształcie lotosu, czy
chińskich krajobrazów. Piękne… I takie malutkie i poręczne.
Po wizycie z
sklepie, udaliśmy się na trzy pokazy ceremonii zaparzania herbaty: zielonej,
ciemnej (nie czarnej – to coś innego) oraz białej.
Wieczorem,
po powrocie, wszyscy byli bardzo głodni. Wpadliśmy do kuchni jak szaleni.
Po
obiadokolacji ja, Paulina, Kamila, Ola, Wiola, Justyna oraz Gosia udaliśmy się
z Asumikiem i jego dziwnym chińskim kolegą na karaoke…. Zupełnie nie miałam na
to nastroju, ale mówię sobie: „Jesteś w Chinach! Nie siedź w akademiku!”.
Poszliśmy w
dół, w stronę East Renmin Road. Skręciliśmy w prawo, w stronę blaszanych budynków
z jedzeniem. Gdzieś tam miał być budynek z karaoke. Po drodze oczywiście
zaczepiano nas, zapraszano do spróbowania różnych specyfików gastronomicznych…
Ale my dziarsko szliśmy dalej, aż w końcu znaleźliśmy odpowiednie miejsce.
Lokal typowo chiński – generalnie kiczowaty, ale przyjemny. Dostaliśmy własną
salę do śpiewania!!!
Karaoke
uznaję za bardzo udane. Wszyscy śpiewali, śmiali się. Asumiko pokazał swój
talent muzyczny. Kiedy zaczął śpiewać melancholijną, chińską piosenkę o
miłości, szczęki nam opadły… Potem, gdy alkohol bardziej uderzył mu do głowy (a
w sumie było to raptem jedno piwo, które dla większości Polaków byłoby
bezalkoholowe), zaczął śpiewać falsetem.
Uśmiałam się
bardzo, wieczór był bardzo przyjemny, wyśpiewałam się za wszystkie czasy.
22. dzień,
22.09.16. – zajęcia z zaparzania herbaty i siłowniaaaaaa!!!!
23. dzień,
23.09.16 – Dziś ostatni dzień zajęć z zaparzania herbaty…
Pierwsza
część ćwiczeń wyglądała jak zawsze: krótki wykład, zaparzanie nowo poznanej
herbaty – dziś oolong tea (okropnie gorzka, śmierdziała, jak wszyscy
stwierdzili – kupą krowy…).
Chwilę po
11:00 zakończyliśmy parzenie herbaty i udaliśmy się na lunch. Kolejne zajęcia
zaczęły się o 15:00. W Sali zastaliśmy elegancko nakryty stół z dużą ilością
owoców i chińskich ciasteczek do herbaty oraz niezbędne do zaparzania zastawy
herbaciane.
Dzisiaj
każdy miał szansę przeprowadzić swój własny rytuał zaparzania herbaty.
24. dzień,
24.09.16 – Pobudka o 8 rano. Nie mogłam spać… Troszkę się stresowałam pierwsza
lekcją z Chińczykami. Zajęcia były na 14:30. Żeby tak na spokojnie dojechać na
miejsce, musiałam wyjechać około godziny 12:00. Tak też zrobiłam. Kochana Ola
miała zajęcia wcześniej, o 9:00. Wysłała mi zdjęcia i narysowaną przez siebie
mapę jak dojść do szkoły! Dzięki niej nie pogubiłam się w tym gąszczu
trzydziestopiętrowych wieżowców.
Bez
problemów dotarłam na zajęcia. Szkoła była na piątym piętrze. Wcześniej kupiłam
sobie coś zimnego do picia, bo temperatura odczuwalna dzisiaj to 42 stopnie.
Generalnie
na miejscu byłam o godzinę za wcześnie. Około 14:30 zjawił się na klatce
schodowej właściciel wraz ze swoim 7- letnim synkiem. Przywitaliśmy się i
zaprosił mnie do środka. Szkoła malutka, ale bardzo przyjemna wizualnie. Kilka
małych klas, toaleta i biuro właściciela. Było wyjątkowo czysto jak na chińskie
warunki.
Usiadłam na
czarnej, wygodnej sofie i czekałam na uczniów. Dyrektor – właściciel – laoba
(po chińsku), nie mówił za dobrze po angielsku, korzystał z pomocy translatora.
Przekazał mi, że uczniowie zapewne się spóźnią…
Czekaliśmy
do 14:50. W końcu przyszli xiueshang (uczniowie po chińsku). Dwójka. Dziewczyna
i chłopak. Oboje po osiemnaście lat. Bardzo sympatyczni i uśmiechnięci, jak
wszyscy Chińczycy (jak by to Kamila skwitowała: „Szczerzą kły nie wiadomo po co
i dlaczego!”).
Przedstawiłam
się, porozmawialiśmy chwilkę i w końcu mogłam poprowadzić zajęcia. Pozwolono mi
wybrać nawet salę!
Zajęcia
trwały nieco ponad godzinę. Były bardzo przyjemne. Dowiedziałam się wielu
ciekawych rzeczy. Okazuje się, że właściciel szkoły tak naprawdę z zawodu jest
nauczycielem w-fu. I bardzo lubi grać w tenisa… Zaproponował mi lekcję gry! Ja
długo się nie zastanawiając, zgodziłam się. Powiedział, że ja go będę uczyła
angielskiego, a on mnie tenisa. Chyba dobry układ co?
Umówiliśmy
się na niedzielę rano.
Wieczorem po
powrocie z zajęć zjadłam szybki obiad i poszłyśmy z Kamilą i Ola na siłownię.
Dzisiejszy
trening: cardio na rowerach i ABS z obciążeniem. Była siła!
25. dzień,
25.09.16 – Tenis z panem właścicielem szkoły językowej i wieczorny pokaz
fontanny na East Mexi Lake.
Wstałam o
6:45. Ledwo, ale dałam radę. Umyłam głowę, ogarnęłam się i wyszłam domu przed
8:00. Najpierw jechałam autobusem, na East Renmin Road, potem przesiadłam się
na metro linii 2 i dojechałam na finałową stację – West Mexi Lake. Tam czekałam
jeszcze dobre 40 minut na Pana od angielskiego. Jak zwykle nie da się dogadać z
Chińczykiem co do godziny spotkania… Zawsze się spóźniają, bądź nie przychodzą
w ogóle.
W końcu
podjechał i pojechaliśmy do szkoły gdzie uczy w-fu. Był jeszcze z nami jego
mały synek (7 lat). A propos synka, to mówił po angielsku lepiej jak jego Tata.
Pan
tenisista – amator był bardzo uprzejmy – kupił mi butelkę zimnej wody. Przydała
się, bo dzisiaj było 42 stopnie. Istne, chińskie piekło.
Korty bardzo
zadbane, na wysokim poziomie. Były ulokowane obok innych boisk m.in. do
koszykówki, baseball, siatkówki itd. Dostałam swoją rakietę marki Babolat <3
i zaczęliśmy grę. Powiem tak… Nie myślałam, że mi tak dobrze będzie szło.
Oczywiście, wiele piłek psułam, ale zdarzyły się tez bardzo udane uderzenia.
Słońce paliło mnie w plecy, odczułam to zwłaszcza wieczorem. Graliśmy ponad
godzinę. Potem, na korty przyjechała żona nauczyciela (chyba w 8. miesiącu
ciąży). Twierdziła, że chce ze mną zagrać za tydzień… Nie wiem jak ona to chce
robić będąc w zaawansowanej ciąży, ale to jej sprawa. Po meczu, oczywiście
chińska rodzinka ciągnęła mnie na wspólny lunch, ale musiałam niestety odmówić.
Byłam tak ciężko spocona i zmęczona, że musiałam wrócić do akademika się
wykąpać. Poza tym jechaliśmy wszyscy z naszego mieszkania dzisiaj na pokaz
fontanny.
O godzinie
14:00 wyruszyliśmy na East Mexi Lake, aby zobaczyć jezioro i pokaz. Pogoda była
okropna. Upał nie dawał spokoju. Prawie zrezygnowaliśmy…
Pojechali z
nami nasi chińscy znajomi. Na miejscu, po wyjściu ze stacji metra,
wypożyczyliśmy sobie rowery. Dostępne były nawet czteroosobowe!
Na rowerach
objechaliśmy prawie całe jezioro. Wieczorem wróciliśmy do wypożyczalni i
udaliśmy się na piękny pokaz multimedialny fontanny.
Pokaz był
magiczny. Oglądanie go ze swoim chłopakiem byłoby idealna randką…
26. dzień,
26.09.16 – Dzień wolny.
27. dzień,
27.09.16 – Pierwsze zajęcia z tradycyjnych chińskich aranżacji kwiatów.
Ćwiczenia rozpoczęły o godzinie 9:00 i trwały do godziny 12:00. Prowadzone były
przez bardzo sympatycznego i zabawnego profesora, który najpierw pokazał nam na
czym polega chińska aranżacja kwiatów, tworząc swój bukiet. Najpierw narysował
techniczny widok aranżacji i rzut z góry, tak abyśmy mogli to sobie łatwo
wyobrazić. Każda aranżacja składa się z czterech
najważniejszych elementów:
- soldier
(żołnierz),
- king (król),
- vice king (następca),
- minister
(ministrowie).
W/w elementy
mogą być układane w różnych konfiguracjach. Najważniejsze jest to, aby zawsze
tworzyły trójkąt, pozostałe elementy tworzą koło w kompozycji.
Podstawą
aranżacji jest ceramiczna misa, wazon, donica lub pleciony kosz.
My mieliśmy
na zajęciach ceramiczne misy.
Aranżacja
kwiatów w stylu chińskim krok po kroku:
1. Do misy
wlewamy zimną wodę, tak aby woda przykryła specjalny metalowy uchwyt do kwiatów
w postaci krążka z kolcami.
2. Dobieramy
kwiaty i liście. Na zajęciach żołnierzem były liście mieczyka, bądź liliowca.
Królem i następcą były żółte kalie, natomiast ministrami były eustomy (róże
chińskie) oraz dziurawiec.
3. Jako
pierwszy element wiązanki bierzemy żołnierza, czyli liście mieczyka. Przycinamy
je na długość średnicy misy + głębokość misy. I nabijamy na kolce pod
odpowiednim kątem (zależy od rodzaju kompozycji).
4. Bierzemy
cieńsze liście liliowca, przycinamy w ten sam sposób, końcówki owijamy razem
taśmą z bibuły, nabijamy na kolce po lewej stronie również pod odpowiednim
kątem.
5. Bierzemy
do ręki króla – większy kwiat kalii. Nabijamy na kolce.
6. Następcę
– mniejszy i krótszy kwiat kalii. Nabijamy.
7. Czas na
ministrów – bierzemy do ręki eustomy i dziurawca napijamy na kolce.
Generalnie
nasz stosunek do tych zajęć jest dosyć lekceważący… Delikatnie mówiąc. Ogólnie
super, że mamy taka okazję. Wszędzie świeże, piękne kwiaty. Róże, lilie,
goździki, liście palmy bananowej i daktylowej, grzybienie białe w pięknej
odmianie… Co z tego, jak Pan lăoshī (nauczyciel po chińsku), jest
chyba niewidomy, bo zestawienie fioletu z żółcią jest karygodne, jeśli mówimy o
podstawach kompozycji w Polsce… No właśnie, w Polsce. Chiny to Chiny. Kicz.
Wszędzie czerwono-żółte lampiony, sztuczne kwiaty, brokatowe zasłony, sztuczne
brylanty w poduszkach, sofach i na fotelach… Generalnie samo założenie i sposób
układania kwiatów jest dobry, tylko gorzej z doborem kolorystycznym.
Druga
sprawa. Nie można na tych zajęciach improwizować… To znaczy, że jak chciałam
użyć innego liścia w miejsce żołnierza to Laoshi, prawie zszedł na zawał.
Szybko wyciągnął mi nieszczęsnego liścia z ręki i włożył odpowiedni.
Na każdych
zajęciach wykonujemy dwa rodzaje kompozycji. Pod koniec ćwiczeń wszyscy
zrobiliśmy sobie zdjęcie na pamiątkę kwiatowych zmagań.
Około
godziny 17:00 poszłyśmy z Kamilą i Olą na siłkę robić tyłek i bicki.
28. dzień,
28.09.16 – Drugi dzień zajęć z kompozycji kwiatowych. Dzisiaj dobór
kolorystyczny kwiatów i ich formy był znacznie przyjemniejszy dla oka…
Około 18:00
poszłyśmy z Kamilą na siłownie (Ola nie mogła bo poszła do pracy).
tekst: Alicia Galczynski
zdjęcia: Kamila Pawłowska















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz